Skończyło się najdziwniejsze lato XXI wieku.

Subiektywnie o tym, jak sobie radzić z życiem w ciekawych czasach
Marta Królak

Joanna Piotrowska: Zaduch, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, widok wystawy, Fot. Kacper Godlewski

To już oficjalne – skończyło się chyba najdziwniejsze lato XXI wieku. Listopadowa szaruga zwiastuje powrót do stylu życia jesieniary, wielki comeback wykonały też maseczki, przez co ta część świata, która wciąż wierzy w „plandemię” szykuje się na kolejny lockdown.
Bardzo liczyłam na to, że dzięki globalnemu zagrożeniu koronawirusem staniemy się świadkami niewyobrażalnego dotychczas zjednoczenia i międzyludzkiej solidarności, tymczasem niestety przez COVID-19 wiele osób pokazuje najgorszą wersję siebie. Gdyby istniał na Instagramie profil „beka z ludzi, którzy na maseczki mówią kagańce”, jeszcze do niedawna podpisałabym się pod nim nogami i rękami, a lajkowaniu nie byłoby końca. Tymczasem nie bez zaskoczenia przyznam się, że ani memy z korony, ani nawet z „naszego papieża” ciskającego grudą węgla w czerwoną kałużę już mnie nie śmieszą. Wakacje 2020 były tak przytłaczające, że najwyższy czas na nowe żarty.
Z mało śmiesznych rzeczy powiem Wam, że pod koniec września uczestniczyłam w ciekawym webinarze prowadzonym przez włoską gestaltystkę Andreanę Amato. Spotkanie dotyczyło osobowości borderline, czyli zaburzenia, które najprościej można określić jako totalną niestabilność emocjonalną, podszytą silnym lękiem i bardzo często wynikającą z traumy doznanej w przeszłości. Jestem oczywiście świadoma, że lektura moich tekstów może prowadzić drogich czytelników do samodiagnozy albo analizowania znajomych pod kątem różnych opisywanych przeze mnie trudności psychologicznych. Jeśli więc właśnie googlujesz sobie „osobowość borderline” i już jesteś pewna lub pewien, że to masz, spokojnie – zgodnie z tym, co powiedziała Andreana Amato, wszyscy to mamy. No, może nie do końca konkretnie to zaburzenie, natomiast współczesnym światem rządzi tzw. styl relacyjny borderline.
Służę więc wyjaśnieniem. Według Amato ludzie mają zasadniczo dwie potrzeby: przynależności i odrębności, zgodnie z którymi budują między sobą relacje. W zależności od sytuacji społecznej jedna z tych potrzeb wiedzie prym, podczas gdy druga przechodzi do tła. Na przykład gdy poczucie zagrożenia w społeczeństwie spada, do tła przechodzi potrzeba przynależności, a społeczeństwo przesycone chcącymi się wyodrębnić jednostkami wchodzi w fazę narcystyczną. Społeczeństwo narcystyczne „rodzi” zaś społeczeństwo borderline. Gdy narcystyczni rodzice stawiają wobec swoich dzieci nierealne wymagania, powstaje konflikt, u podłoża którego leży rozszczepienie między idealizowaniem i rozczarowaniem nami samymi. Nie do końca pogodzeni z sobą i otoczeniem, tworzymy relacje z rysem borderline. Gdy więc rośnie ogólne poczucie zagrożenia, możemy zaobserwować tendencję do zwracania się ku grupie, która nierzadko otacza swoich członków iluzoryczną opieką, podsycając jeszcze ich strach. Spójrzcie tylko na antyszczepionkowców czy nawet antymaseczkowców – orędowników ukrytej prawdy w czasach, kiedy koncerny farmaceutyczne i opłacani przez nich politycy pragną za pomocą procedur medycznych i obostrzeń sanitarnych przejąć władzę nad ludzkimi umysłami. To samo można powiedzieć o rosnącej popularności alternatywnej medycyny czy ruchu wellnes, i chociaż nie są to aż tak radykalne przykłady jak chociażby faszyzujące grupy biorące pod swoją obronę „tradycyjny” model rodziny, to zaryzykuję stwierdzenie, że mają one pewien wspólny rys niestabilności – w jednej chwili dają swoim członkom poczucie wszechmocy, ale wystarczy jeden fałszywy krok, żeby znaleźć się na biegunie totalnego odrzucenia. Taka dynamika relacji jest charakterystyczna właśnie dla stylu relacyjnego borderline.
Jeśli chcesz to zobaczyć na obrazku, polecam obejrzeć wystawę Joanny Piotrowskiej Zaduch w Zachęcie; jej fotografie to mistrzowskie portrety uciążliwości ludzkich relacji. W cyklu Shelters artystka przedstawia osoby w środowisku domowym, chowające się w wykonanych z koców, poduszek i mebli fortach. Na zdjęciach Piotrowskiej widzimy trzy poziomy: osobę (po gestaltowsku self), schronienie i dom, a każdy z tych aspektów reprezentuje jakieś możliwości konfliktu, wobec których możemy doświadczyć borderline’owego rozszczepienia. Osobowość borderline oznacza bowiem życie w ciągłej nieufności – nie mamy zaufania do siebie (self), do swoich bliskich (schronienie) i swojego otoczenia (dom), ponieważ w każdej z tych relacji doświadczyliśmy traumatycznej niestabilności. Zarządzanie poprzez strach – czy to w rodzinie, czy w społeczeństwie – jest mechanizmem każdemu czytelnikowi zapewne dobrze znanym, jeśli nie z własnych doświadczeń, to przynajmniej z historii, pisanej z perspektywy tyranów, wojen i światopoglądowych konfliktów, na których także dziś stoją prawie wszystkie newsy.
Brak zaufania i poczucie oszustwa w stylu relacyjnym borderline wyraża się poprzez agresję i furię, reakcje, które – choć wydawać się mogą irracjonalne – wyrażają potrzebę jasności i są niezbędne po to, aby po prostu nie zwariować. Jak w przypadku większości zaburzeń przyczyny i odpowiedzi na borderline mają swoje źródła w dzieciństwie, dlatego tak przemawia do mnie zaproponowana przez Piotrowską koncepcja budowania schronienia z domowych materiałów – dorośli ludzie cierpią jak dzieci i tak jak dzieci próbują sobie z trudnościami poradzić. Z terapeutycznego punktu widzenia w dziecinadach nie ma nic złego, wręcz przeciwnie, ważne są za to uczucia, które takie zachowania ze sobą niosą. Jeśli pod zabawową aktywnością kryje się strach i potrzeba odizolowania się od toksycznej relacji, to wiedz, że coś się dzieje. W cyklu Shelters, ale też w innych pracach Joanny Piotrowskiej, nic nie jest do końca takie, jak się wydaje. Podczas gdy w naszym życiu codziennym dominują mocne wrażenia, w fotografiach artystki, gdy mamy do czynienia z obrazem zatrzymanym, przedstawiającym jakby fragment problematycznej relacji, potencjał terapeutyczny jest niewyczerpany. Daje to możliwość obserwacji problemów z bezpiecznej odległości, zupełnie jak w gabinecie wyrobionego psychoterapeuty, który pomaga klientom mierzyć się z trudnościami, doświadczać emocji i budować leczącą relację, w której obszarze doświadczenie trudności okazuje na tyle cenne, że prowadzi do jej rozwiązania.
Podobno są już w krajach cywilizowanych lekarze, którzy schorowanym pacjentom przepisują zamiast pigułek leśne wędrówki i wizyty w muzeach. Czy jest to uniwersalna metoda leczenia, także dla zaburzeń borderline – nie wiem, bo w końcu co klient, to przypadek. Na razie zalecam odwiedziny na wystawie Zaduch.

Joanna Piotrowska: Zaduch, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, widok wystawy, Fot. Kacper Godlewski

Marta Królak

felietonistka, kuratorka, współpracowniczka NN6T. Pod adresem marta@beczmiana.pl udziela porad i rozwiązuje problemy. Anonimowość gwarantowana!