Elementarz przemocy

Z artystą Arturem Żmijewskim o jego najnowszej wystawie Miłe złego porządki oraz o tym, jak przemoc się zadomowiła i zuniwersalizowała, rozmawia Rafał Żwirek

Artur Żmijewski: Miłe złego porządki, 2020, dzięki uprzejmości artysty

Czy Miłe złego porządki skupia się bardziej na przemocy instytucjonalnej, czy raczej na takiej ogólnoludzkiej?

Nie dotyczy ona w ogóle przemocy instytucjonalnej. Raczej – nazwijmy to – abstrakcyjnej, w sensie: oderwanej od kontekstu. Nie wiemy, ani gdzie się to dzieje, ani w jakim czasie. Wiemy jedynie, kogo dotyczy, bo są tam mężczyźni, kobiety i to dotyczy ich, nas, ludzi. Jest to przemoc indywidualna, czasem grupowa, pokazana w sposób taki bardzo abstrakcyjny. Są to gesty przemocy, przemocowe zachowania wobec innych. Starałem się to w pewien sposób skatalogować – stąd „porządki” w tytule. Jest to po prostu katalogowanie pewnych sytuacji i póz.

 

W czasie prac nad wystawą, które miałem okazję obserwować, szukałeś dla niej odpowiedniej formy. Zaczynałeś od zdjęć o mocno reporterskim charakterze, robionych na ulicy, a skończyłeś ostatecznie na fotografiach mocno jednak abstrakcyjnych. Dlaczego zrezygnowałeś z przedstawiania przemocy wprost, jeden do jeden?

Formuła jeden do jeden nie wydała mi się ciekawa formalnie. Choć dziś wywołałem te zdjęcia uliczne i one w takim małym formacie wyglądają też dość interesująco. Natomiast na próbkach w formacie 35 mm nie są zbyt frapujące, więc zdecydowałem o użyciu techniki chronofotografii – czyli rejestrowania faz ruchu. Wydaje mi się, że ten formalny zabieg wnosi coś bardzo interesującego w tę sytuację – taką specyficzną parafilmowość. Zrobiłem nawet film z części tych zdjęć, z ponad stu, i bardzo dobrze się go ogląda. Interesująco pokazuje filmowy potencjał chronofotografii. Ta technika daje się ciekawie animować, zmienić w obraz filmowy. Elementy czasu, ruchu, zatrzymanej zmiany dodają temu projektowi ciekawej dramaturgii, przenoszą w przestrzeń kina, analogowego filmu… Coś frapującego dzieje się z tymi, dość jednak brutalnymi scenami.

Artur Żmijewski: Miłe złego porządki, 2020, dokumentacja projektu, fot. Rafał Żwire

A to nie jest tak, że próbujesz tę przemoc jakoś wyabstrahować, znaleźć jej pierwotne źródło? W opisie wystawy wspominasz o kawałku metalu znalezionym na terenie getta. Uwiodła mnie rzeźbiarskość tej sytuacji, opowiedz o tym.

Niewątpliwie jest to poszukiwanie formy, próba dopasowania jej do treści tego przedstawienia… Myślałem, że właśnie te parafilmowe poszukiwania będą pasować. Mam ciągoty filmowe, statyczna fotografia jest dla mnie mało pociągająca. Być może po prostu nie potrafię się takim medium posługiwać i dlatego dodaję do moich fotografii namiastkę ruchu. W przypadku chronofotografii ta filmowość jest zresztą bardzo dosłowna, sama ta technika jest przecież sytuowana pomiędzy fotografią a filmem – taki zatrzymany film. Znalazłem kiedyś na terenie warszawskiego getta, na Muranowie, przy okazji jakichś prac wykopaliskowych, kawałki metalu. Podniosłem je z ziemi, żeby się im poprzyglądać, i odkryłem, że mają w sobie zapisaną przemoc, której uległo i miasto, i mieszkańcy tej dzielnicy. Były czymś pomiędzy świadkiem a ofiarą – oczywiście ofiarą inną niż ludzka, bo mogącą przemówić jedynie swoim kształtem. Nie udało mi się zresztą wtedy tego uchwycić, zrobiłem jedynie kilka fotografii. Myślałem oczywiście o jakichś formach rzeźbiarskich, ale jednak nie wiedziałem, jak to dalej pociągnąć… Być może po prostu to techniki filmowe są mi zwyczajnie bliższe.

 

Mam wrażenie, że badasz przemoc od dawna: w krajobrazie, w polityce. Co cię w niej tak bardzo pociąga?

Wszechobecność. Bardzo głębokie sprzężenie ze światem – jej utylitarność, użytkowość. Właśnie to, że jest wszędzie. Trudno znaleźć miejsce, gdzie przemocy nie ma. Jest przecież bardzo dużo postulatów, żeby przemoc z różnych miejsc wyeliminować – ta jej wszechobecność jest porażająca. Czasem w ciągu jednego dnia spotykamy się z przemocą wielokrotnie, często bezwiednie sami jej używamy. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, że nasze działania są przemocą. Jest i w polityce, i w krajobrazie, ale jest też często ukryta – nie wiadomo, gdzie dokładnie jest. Bywa przeźroczysta – ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że istnieje w ich zachowaniach, na przykład w tym, co i jak mówią. Często jej ofiarami są inni, ale często stosujemy też przemoc wobec siebie samych. Ta jej wszechobecność skłoniła mnie do próby skatalogowania, uporządkowania przemocy, zestawienia tych różnych form i zrobienia czegoś na kształt „manualu”, instruktażu, przewodnika – elementarza form przemocowych zachowań.

 

Będę cię cisnął jednak o źródło przemocy. Mam nieodparte wrażenie, że usiłujesz je znaleźć.

Wiesz, definicja, która do mnie trafia, jest taka, że przemoc jest różną dla różnych ludzi czy grup strategią zaspokajania potrzeb, różnie zresztą opisywanych. To toksyczny sposób zostawiający ślady, blizny itd. – więc tu widzę to źródło, o które pytasz.

Napisałeś, że zajmowanie się przemocą „jest forma zmagania się z własną bezradnością”. Myślisz, że jest jakieś wyjście z tej bezradności? W jaki sposób z przemocą może poradzić sobie sztuka czy artyści?

Dla artystów to nie mam żadnych recept: niech robią, co uważają. Sztuka też – niech robi, co chce. A sposobów radzenia sobie z przemocą jest raczej niewiele. Pozostaje bezradność. Można oczywiście zwracać na przemoc uwagę, samemu ją eliminować z własnych zachowań – to jedyny dostępny obszar. Natomiast w polityce pozostaje właśnie bezradność, obserwowanie, jak się to wydarza i działa. Chociaż uważam, że recepta została wynaleziona i przedstawiona publicznie – mam na myśli wszystkie te ruchy oddolne, obywatelskie z lat 2010–12, które usilnie pracowały nad tym, jak wyeliminować przemoc z publicznej debaty i z polityki. Nieprzemocowe dyskusje, które prowadzono, strategie dawania wszystkim głosu, wzmacniania tego głosu, ośmielania ludzi, tworzenia przestrzeni do dyskusji, brak liderów – to były interesujące propozycje. Niestety zostało to raczej odrzucone. Może dlatego, że jesteśmy mocno zatruci potrzebą posiadania liderów. Od lewa do prawa komentatorzy różnych opcji tęsknią do liderów. Zawsze. Jak nie ma lidera, to czują się zagubieni. Z brakiem liderów wiążą niemoc polityczną – widać to teraz na przykładzie sytuacji w Białorusi. Nie ma liderów, liderek – co teraz? Żeby więc wyłonił się taki lider, to musi on przejść przez polityczny czyściec: musi się wzmocnić, musi się zdemoralizować, porzucić wiele politycznych i etycznych skrupułów, musi wytopić się taki przemocowy kruszec właśnie. I znowu zostaje bezradność.

Artur Żmijewski: Miłe złego porządki, 2020, dokumentacja projektu fot. Rafał Żwirek

Skoro dotarliśmy do teraźniejszości… Czy w sytuacji pandemii zauważyłeś wzrost przemocy w przestrzeni publicznej?

Nie chciałbym stwierdzać czegoś pochopnie – na pewno ta sytuacja jest instrumentalizowana politycznie. Widać to w Polsce bardzo mocno. Myślę, że społeczeństwo jest w Polsce traktowane przez polityków dość brutalnie. Mam na myśli przemoc wynikającą z lekceważenia społeczeństwa. Mam wrażenie, że teraz, żeby zaistniały jakieś działania, musi zostać przekroczona pewna masa krytyczna. Na przykład epidemiolodzy pytają, jakimi przesłankami się kierowano, kiedy otwierano szkoły. Dziwią się, że nikt z nimi nie rozmawiał, nie pytał o zdanie. No bo nie wiadomo, jakie były te przesłanki. Mamy właśnie takich gruboskórnych, kompletnie nieempatycznych i nieczułych ludzi, którzy decydują o losie milionów. Z drugiej strony to są tematy, o których nie mam wielkiego pojęcia i wciąż mnie to przerasta. Słucham ekspertów i mam wrażenie, że oni też nie bardzo to wiedzą. Że ich to też zaskakuje. Być może mówienie z wnętrza takiej granicznej sytuacji jest niemożliwe. Wszyscy jesteśmy teraz in articulo mortis trochę. Jakakolwiek ocena jest zaburzona i fałszywa.

Miłe złego porządki, wystawa Artura Żmijewskiego, 15.10–28.11.2020, Galeria Sztuki im. Jana Tarasina w Kaliszu, http://tarasin.pl
wernisaż online: 15.10.2020 godz. 19.00 na stronie facebook.com/GaleriaKalisz/


Artur Żmijewski

 – artysta sztuk wizualnych związany z Fundacją Galerii Foksal, jeden z przedstawicieli sztuki krytycznej w Polsce. W latach 1990–1995 studiował na wydziale rzeźby warszawskiej ASP. Filmem Powtórzenie reprezentował Polskę na 51. Biennale Sztuki Współczesnej w Wenecji. Od 2006 roku był przez kilka lat redaktorem artystycznym pisma „Krytyka Polityczna”. Dziś współpracuje z nim jako szeregowy redaktor. Jest laureatem prestiżowej nagrody Ordway Prize (2010) przyznawanej wspólnie przez New Museum w Nowym Jorku oraz organizację Creative Link for the Arts; nagrody Fondazione Sandretto Re Rebaudengo Per L’Arte w 2000 roku oraz nagrody TVP Kultura w kategorii „kultura alternatywna i sztuki wizualne”. Do jego najgłośniejszych prac należą: Oko za oko (1998), Berek (1999), Lekcja śpiewu 2 (2003), KR WP (2000), Na spacer (2001), Nasz śpiewnik (2003), 80064 (2004), Polak w szafie (2006), Katastrofa (2010), Msza (2011). Jest także autorem filmu Oni pokazywanego w ramach Documenta 12 w Kassel w 2007 i filmu Spojrzenie, pokazywanego w Kassel w ramach Documenta 14. Jest także autorem cyklów filmowych Demokracje i Wybrane prace. Był kuratorem 7. Berlińskiego Biennale Sztuki Współczesnej (2012). W 2013 roku został laureatem Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy.