#POLSKA | pożegnanie

Fot. Justyna Chmielewska

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami był sobie koniec #Polski. A potem z przedwieczornych mgieł wyłoniło się stado jednorożców, odeszło powoli ku zachodzącemu słońcu i wszyscy żyli długo i szczęśliwie, z tęczą na niebie i w sercach.

Stop. Wróć. Bez przesady.

Dwadzieścia minut kolarskim spacerem od centrum stolicy boleśnie zaściankowego europejskiego kraju, za ślicznym kawałkiem lasu, efektownie zamglonym po letniej nawałnicy (to znak klimatycznej katastrofy, niestety nie ma co się ekscytować), za kilkoma nitkami torów kolejowych, przez które Google Maps prowadzi rowerzystów pomimo stojących przy wylocie każdej ścieżki kategorycznych zakazów wchodzenia na tory, znajduje się ulica Koniecpolska.

Wszystko tu jest w najlepszym porządku: koty grzeją się leniwie w słońcu, a na co drugiej bramie wisi tabliczka „Uwaga, zły pies” (choć chyba już wszyscy wiemy, że zły może być co najwyżej pan). Wzdłuż tej niedługiej uliczki, zakończonej ślepo betonowym płotem w stylu cmentarnym, naliczyłam jedną gipsową nimfę robiącą za doniczkę dla pelargonii, trzy golfy trójki w całkiem dobrej blacharskiej formie i jedną zaparkowaną w ogródku motorówkę, choć najbliższy żeglowny akwen jest kawał drogi stąd. Najłatwiej dojechać tu ulicą Szeroką, na której z trudem mijają się dwa auta, a żeby nie tworzyć odstraszającej i hermetycznej aury, działający tu dom kultury nazywa się Wygoda. Czyli wszystko się zgadza, jest tak, jak w prawilnej #Polsce być powinno. I z tego miejsca pozwólcie, że powiem: Hej, cześć, miło było Wam opowiadać o wycieczkach. Do zobaczenia gdzieś w trasie albo w krzakach!