Bolesław Chromry: Wszystko jest już na maksa

Ten wywiad przeleżał ponad pół roku czekając na swój moment. I się doczekał! Słońce to my, ciemne chmury to my to tytuł wystawy, którą do końca czerwca można oglądać w BWA Zielona Góra. Wprowadza do niej tekst: Świat się kończy. Nikt nie ma złudzeń, że będzie coraz gorzej. Politycy, przedsiębiorcy i histeryczne media zarabiają na prywatną opiekę medyczną i budowanie schronów. Nam pozostały spacery i odbieranie alertów RCB, kolekcjonując THC. Zamiast budowania Państwa Policyjnego i wzajemnego wykańczania, powinniśmy nauczyć się żyć ze strachem. W jednym pokoju i w jednym łóżku. W tym samym mózgu, bez umowy o wynajem. Bez praw i możliwości dyskusji. Bez braw na finał.
Z Bolesławem Chromrym rozmawia Bogna Świątkowska.

www.facebook.com/Chromry

 

Uwaga, włączam mikrofon.
Fotki jakieś do tego chcesz moje?

Oczywiście!
Mam dużo, na wakacjach zawsze sobie robię analogiem. Wszystkie są analogowe. Kreditsy są moje.

A jak robisz analogowe fotografie sam sobie?
Ja sam sobie nie robię, po prostu na przykład żona mi robi, albo kolega, albo ktoś. Takim oto aparatem pięknym, zobacz.

O, bardzo korzystny.
Tak. Mogę zrobić ci zdjęcie pamiątkowe?

Dobrze, ale nie będzie tutaj chyba zbyt wiele widać.
Ale ja mam lampę.

Masz lampę?
Której się nie da wyłączyć, wiesz o co chodzi. Czekaj, ja ci zrobię tak na tle tych książek. Postanowiłem robić taki pamiętnik w życiu. Żeby coś zostało kiedy stracę pamięć.

fot. Bolesław Chromry + lampa, 24.09.2019

Uch. Nie byłam przygotowana na taki strzał w oczy [śmiech].
Żebyś się za pewnie nie czuła przeprowadzając wywiad [śmiech]. 

Poważna sprawa z tą twoją książką – debiut prozatorski rysownika. Tytuł – Pozwólcie pieskom przyjść do mnie. Jest to parafraza klasyka.
Tak, hipisa.

Słynnego hipisa sprzed 2000 lat. Ale na pewno nie zrobiłeś tego tylko po to, żeby zdenerwować wszystkich, którzy się w Polsce martwią, że kościół zalicza ogromną krytykę w dzisiejszych czasach. Miałeś pewnie jeszcze coś innego na myśli. Czemu pies jest twoim głównym bohaterem i czemu akurat to chrześcijańskie zawołanie?Chrześcijańskie zawołanie, bo jestem z rodziny o bardzo mocnych katolickich tradycjach i wyssałem to z mlekiem matki. Te wszystkie historie, te nazewnictwa, te różne cytaty chodzą mi po głowie, więc było to naturalne, że się tym posłużyłem. A dlaczego się posłużyłem? No posłużyłem z powodu żartu, to wiadomo, żeby był twist. Ale przede wszystkim dlatego, że to wynika z fabuły książki. Bo główny bohater, Bartek, jest osobą absolutnie zakochaną w małych pieskach. I ta miłość trochę pokomplikuje mu życie. A czemu pieski? Bo pieski są fajniejsze niż ludzie. Bo interesuje je tylko miłość, nie obchodzi ich agresja, polityka, przemoc, hałas, pieniądze. Są bezinteresowne. 

www.facebook.com/Chromry


Jesteś jednym z twórców, którzy produkując prace wywołują śmiech bądź uśmiech, ale to nie jest wcale taki wesoły śmiech. To, z czego się śmiejemy, nie jest śmieszne.
Śmiech przez łzy.

Czyżbyś był potwierdzeniem tego, że osoby, które dostrzegają absurd czy sprzeczności w świecie, które mogą być powodem jakiegoś zjadliwego haha, zwykle są smutne.
No tak.

Jesteś smutny?
Czasami na pewno. [śmiech]

Czy smutek jest dzisiaj jakimś paliwem – to jest moje pytanie. Czy w ogóle kategoria smutku to nie jest jakaś z XVIII wieku?
Jest, jest. Raz, że z XVIII wieku, a dwa, że z Krakowa.

Aaaaaa, ten smutek.
Zajmowanie się tym smutkiem wciąż ma konotacje krakowskie. Ja to widzę w internecie. Zwłaszcza wśród jakichś opiniotwórczych ludzi w jakichś komentarzach, często to widzę, że jak ktoś wyjeżdża z czymś, że jest smutny, z jakimś takim dołkiem, to jest zabijany komentarzem: jakie to krakowskie. Widać więc, że jestem z Krakowa. Ale myślę, że smutek jest kwestią ogólnopolską. I wydaje mi się, że to jest chyba kwestia naszej rzewności, którą mamy w DNA. Wczoraj oglądałem na jutjubie wywiad z jedną z Żon Hollywood, Heleną Deeds, która ma męża Kalifornijczyka, Rodrigo. I ona mówiła właśnie o tym smutku i że Rodrigo nazywa te jej stany polskim smutkiem. No to ja stwierdziłem: ty, skoro to twierdzenie zatoczyło taki krąg, to musi być w tym prawda. Ja myślę, że to jest ta polska rzewność. Słowiańska. Myślę, że wszystkie kraje post-socjalistyczne mają podobnie. Że my tę zwałkę mamy w charakterze.

No ale poczekaj, jest słynne saudade, czyli smutek kraju na pe, który znajduje się z innej strony Europy, czyli Portugalii. Oni też mają swój smutek. To nie jest trochę tak, że każdy ma swój smutek?
No tak.

Ale Niemiec jaki ma smutek? Anglik?
Niemcy mnie nie interesują. Anglikami też się nie interesuję.

To zajmijmy się tobą. Jaki jest dominujący stan emocjonalny, który definiujesz u siebie? Jak wpływa na potencjał twórczy, czyli to, co możesz wytworzyć wokół siebie? I nie chodzi bynajmniej tylko o twórczość w rozumieniu kreacji, ale w ogóle tworzenie dróg mostów, stadionów i samochodów elektrycznych i tej reszty.
Jesteśmy smutni, a smutek jest romantyczny. Jesteśmy więc smutni-romantyczni. A mi się wydaje, że takim uczuciem jest tęsknota za czymś, czego się nigdy nie przeżyło. Takie działanie na pograniczu jawy i snu. Często wydaje mi się, że coś już przeżyłem, ale niekoniecznie, bo to śniłem? W ogóle wszystko wydaje mi się powtarzalne. Czasami jest tak, że życie rzadko na tyle zaskakuje, żeby zdać sobie sprawę, że w takiej sytuacji jestem pierwszy raz i że tak jeszcze się nie czułem. Bo co by się nie działo, głowa zawsze jest przyszykowana na mechanizm wyjścia z tej sytuacji.

To ciekawe, bo to oznacza, że ten moment, w którym…
Ja myślę, że my wszyscy lubimy się smucić.

 … podkręca cię to, że zdarzyło się coś niesamowitego, ciekawego, po raz pierwszy, coś co jest zaskoczeniem, ale takim, które cię niesie, to jest niesamowite paliwo do tego, żeby robić rzeczy, które pozwalają ci się samemu przekroczyć.
To prawda. Ale ja myślę, że Polacy lubią się smucić. Ja lubię się smucić, ty też pewnie lubisz się smucić.

Co ty, w ogóle! Puszczam sobie wtedy wesołą muzykę. Nie ma opcji, żebym się lubiła smucić.
Przychodzi jesień, jest jesienna deprecha. Przychodzi zima, winter is coming, zaskoczyła wszystkich drogowców. Nie wyjdę z domu, bo jest taka brzydka pogoda, będę leżała przez cały dzień w łóżku i przeglądała tablice na fejsbuku. Przychodzi wiosna i jest oczywiście przesilenie wiosenne, jest narzekanie na to, że wiosny już nie ma, bo katastrofa klimatyczna. A w lecie jest oczywiście za gorąco i wszyscy umieramy. A gdyby było mało, gdyby argumentów zabrakło, to zawsze jest opcja słabego ciśnienia. Niskiego ciśnienia, wysokiego ciśnienia [śmiech], a jeszcze do tego wjeżdża wiatr halny.

www.facebook.com/Chromry

A tu jeszcze smog.
O smogu to ja już nawet nie mówię. Ja jestem człowiekiem z Krakowa, przez 25 lat wdychałem smog. Ja jestem tak przytruty smogiem, że…

To może stąd to.
Może, może. Zawsze jak wracam do Krakowa, zwłaszcza jesienią, już ten smog czuć tak fajnie w powietrzu. W zeszłym roku tak było w listopadzie, że wysiadłem z pociągu na dworcu głównym i spytałem się Magdy, czemu ktoś pali ognisko. Dlatego bardzo bawi mnie narzekanie warszawiaków, że jest problem ze smogiem.

Nie chcę pytać cię o rzeczy, które są właściwie oczywiste i przywiązanie Polaków do tragedii, wielkiego zamiłowania do eksponowania momentów tragicznych jako tych najbardziej godnych upamiętnienia i rozpamiętywania – zostawmy to sobie. Natomiast wróćmy do twojej książki, której wątki fabularne są jakąś fabułą sensacyjną!
Bo ta książka to psycho-thriller.

Ile ma stron?
192. To mało czy dużo?

Mało.
Ale ja nigdy nie napisałem tak długiej formy. Co ty się spodziewałaś, że ja napiszę tysiaka jak Ulisses? 

Nie no spokojnie, nie chodzi o jakieś metry kwadratowe.
Pamiętaj, że nie liczy się ilość, a jakość. No dobra, nie zawsze [śmiech]. To jest psycho-thriller. Na początku miał być w ogóle w katalogu wydawnictwa jako thriller. Ale jak to przeczytali, stwierdzili, że będzie to literatura piękna. Nie wiem więc, czy to jest nobilitacja, czy nie. Nieważne.

Zostawmy to już ocenie czytelników. Chcę porozmawiać o tym, jak przechodziło ci się z formy krótkiej, a nawet bardzo krótkiej, z czegoś co jest oparte na niedomówieniu, na budowaniu takiej, no wiesz, figury stworzonej bardziej z tego czego nie powiedziałeś, niż co powiedziałeś, do pisania książki, w której, przypuszczam, główną rolę odgrywały te wszystkie zdania i litery, które musiałeś napisać.
To prawda. Moim marzeniem było – to wszystko wzięło się od marzeń – no bo ja marzyłem, żeby napisać książkę. Zawsze jak się mnie ludzie pytali, kim chciałbyś być, twój wymarzony zawód, to zawsze mówiłem, że pisarzem, nie rysownikiem. Kiedyś mówiłem, że rysownikiem, ale jak zostałem rysownikiem, to stwierdziłem, że pisarzem. Ale nigdy się nie spodziewałem, że dam radę, bo przy Renacie, pierwszej powieści graficznej, wydawało mi się, że jest dużo tekstu, a ta warstwa tekstowa, to co się znalazło w środku, zajmowało 2 strony A4. A czym dwie aczwórki są przy książce? Pisałem tę książkę w pracy i tylko to miejsce… Teraz sobie przypomniałem, jak mnie zapytałaś, dlaczego ja rezygnuję z pracy, że ja całą książkę napisałem w pracy.

No i widzisz, rzucisz tę pracę i gdzie będziesz pisał książki?
To nie jest kwestia czego ja chcę, a czego nie, tylko ja po prostu już fizycznie nie mogę. Jestem przemęczony. Wiesz, bo ja zapierdalałem jakby na dwa etaty. Od roku żyję tak, że miałem może dwa wolne weekendy, a cały czas rysowanie, albo jeżdżenie gdzieś. 

I jeszcze książkę napisałeś w pracy.
Tak, bo tylko w środowisku opresji mogłem ją pisać. Bo tylko wtedy doceniałem ten skrawek wolnego czasu, że masz pół godziny-godzinę i ile wtedy kartek napiszesz. I ten system, taka auto-agresja wymierzona w siebie, auto-ordnung wjechał mi na tyle mocno, że ją napisałem nawet przed terminem. I pisało mi się to bardzo dobrze, bo nawet jak napisałem jeden rozdział dziennie, to strasznie mnie to cieszyło. Zaczynając ją pisać postanowiłem, że nie będę niczego oczekiwał od siebie. Czyli moja praca nie polegała na tym jak prawdziwi pisarze, którzy sobie robią poważny konspekt.

Eee, oni oszukują.
Myślisz? A tak się naczytałem w wywiadach z pisarzami. Że oni rozpisują te konspekty i później jest taki wielki plan tak jak w telewizji w filmach o jakichś zabójcach, to później są ci policjanci, CSI Miami, taka ściera telewizyjna, no to oni mają takie wielkie plansze i tam sobie łączą kropki. Ja myślałem, że pisarze tak pracują. Ja żadnych kropek sobie nie łączyłem i pisałem na fristajlu, cały czas się rozwijało. Kilka osób przeczytało i powiedziało, że ta książka jest jak moje rysunki. Wydaje mi się, że to jest najlepszy komplement, bo to chciałem uzyskać. Jedyne co chciałem uzyskać to to, żeby to nie było z dupy. Żeby nie było, że rysownik postanowił napisać książkę i to widać, że postanowił. Tylko żeby to było równoznaczne z innymi rzeczami, którymi się zajmuję.

www.facebook.com/Chromry

A czy ty myślisz o tym, żeby napisać następną?
Tak.

Będzie to thriller psychologiczny?
Chyba tak [śmiech]. Mam już trochę, zacząłem już pisać. Zaraz po tym jak oddałem Pieski do wydawnictwa, to poczułem oczywiście żałobę znaną wszystkim twórcom. Jakby nie miałem co robić w pracy [śmiech]. Więc zacząłem pisać coś nowego. Ale później przypomniałem sobie, że warto byłoby się skupić jednak na Pieskach i na przykład na promocji Piesków. I na tym, żeby sobie czasami odpocząć. Ale następna książka będzie i będzie straszniejsza. Tam będzie więcej śmierci. Bo ja to taki gotycki jestem.

Ej, a co to w ogóle było? To mnie zaskoczyłeś kompletnie.
Czym ja cię tak zaskoczyłem?

No, że gotycki.
Jestem wewnętrznym gotem. Tak totalnie.

Że co?
No powiem ci, że jak The Cure zagrało by w końcu w Polsce, to ja jestem gotów pojechać na ten koncert w makijażu Roberta Smitha.

Dobra, to to jest rzeczywiście skala miłości.
Znaczy, nie jestem jakimś psychofanem Roberta Smitha, ale pierwsze płyty The Cure to jest taki fundament mojego serca. Muzyka zimnofalowa to ja. Tak jak jest jedzenie, comfort food, to pewnie jest też comfort music, no to u mnie jest właśnie. 

Discomfort. Discomfort music.
Ano faktycznie, prawda. No tak. No to jest na przykład The Cure.

Z tego wszystkiego wynika, że jest to historia o tym, jak artysta męczy się w świecie. To jest też klasyczna figura. Artyście jest niewygodnie, męczy się z tym, co go otacza, jest mu smutno, jest mu źle, jest mu niedobrze. Widzi to i…
I opisuje.

No i opisuje.
Czy mi jest niedobrze w świecie? Nie, chyba jest mi bardzo dobrze w świecie. Patrząc tak obiektywnie na moje życie, to jest zajebiste. Ale no chyba nie ma takiej osoby na świecie, która doceniała by w 100 procentach to co ma i potrafiła z tego tak cieszyć, no chyba że ktoś jest kołczem. Albo się nasłuchał Łukasza Jakóbiaka, ale ja się nie nasłuchałem. Nie jestem w stanie uwierzyć w takie optymistyczne pierdolenie o własnym życiu. Przecież to nie jest prawda, że jak czegoś bardzo chcesz, to to osiągniesz. Jest tyle uwarunkowań, że ciężka praca nie wystarczy. Ja miałem farta, ale też zapierdalam na maksa od czasu studiów. Cały czas rysuję, więc to przyniosło jakieś efekty. A to, że stałem się popularny, to jest chyba kwestia fartu. Znam na własnej skórze i wokół mnie jest wiele osób, które są nawet bardziej pracowite ode mnie, a jakiegoś takiego sukcesu medialnego nigdy nie osiągnęły i prawdopodobnie nie osiągną. Ale to już nie wiem dlaczego.

Myślisz, że ten sukces dzisiaj jest przywiązany w ogóle do talentu? Czy do przypadku?Jeśli tak patrzeć po internecie, to chyba do przypadku. Ale pytanie, czy mówimy o sukcesie w obszarze kultury – chyba tak, bo przecież nie w obszarze celebryckim. Albo do układów towarzyskich. No niestety, w art worldzie wciąż tak jest. Reklama jest bardziej demokratyczna jeśli chodzi o start. Wystarczy pójść i dać się zajechać, a już później po stażu się nauczysz dostawania po twarzy, no to idziesz i dochodzisz do stanowiska, o którym marzyłaś i masz te pieniądze. Tak jest w reklamie.

www.facebook.com/Chromry

I kogoś innego możesz zajeżdżać.
Tak, tak. No i później jak jesteś w reklamie, chodzisz po kilku firmach, masz już dużo znajomości, a jak wiadomo w reklamie rotacja jest niesamowita. Agencji jest jeszcze więcej, bo cały czas powstają nowe. Więc po jakimś czasie jak się lubisz z ludźmi i utrzymujesz z nimi jakiś tam kontakt, no to jesteś w klubie. Klubie pomocy. I ten klub funkcjonuje, bo jak kogoś z pracy wyrzucają, czy sam się ktoś wyrzuca, to później to kółko pomocy działa, szybko są te prace znajdowane, co doceniam. To jest miłe w tej grupie zawodowej, że nie jesteśmy zrzeszeni w żadnym związku zawodowym pracowników reklamowych, który nigdy nie powstanie, bo wiadomo to wszystko są spółki prywatne, ale ci ludzie w jakiś sposób się wspierają. I siebie polecają, co nie wydaje mi się, żeby w środowisku artystycznym kiedykolwiek miało miejsce. No bo wiadomo, że środowisko artystyczne jest totalnie małe, nie ma w nim hajsu żadnego. W reklamie przynajmniej jakiś tam hajs podobno jest, choć już nie jest taki jak kiedyś. No i wątpię, żeby w środowisku artystycznym jeden artysta polecał drugiego na swoje miejsce – jeszcze mi się to nie zdarzyło. Nie ma takiej opcji. O czym my mówiliśmy? Aż się oblałem wodą.

Chcę cię jeszcze zapytać o rzecz totalnie może dziwnie brzmiącą, ale czy ty – to będzie dziwnie brzmiało, ale musisz mi wybaczyć.
No dawaj.

www.facebook.com/Chromry

 

Czy bycie człowiekiem cię męczy?
No ciężko jest być człowiekiem. Oczywiście że tak.

A co jest najgorsze? Obsługa ciała, konieczność funkcjonowania w jakichś schematach?Obsługa ciała jest straszna. Z wiekiem wszystko zaczyna się psuć. Na przykład zęby. Są fatalnym wynalazkiem. Przypałem jest to, że zwierzęta wciąż potrafią przeprowadzać w sobie tę ewolucję. Na przykład, odnosząc się do psów, no to te zwierzęta się zmieniają. Czasami na złe, bo na przykład niedługo już nie będzie jamników. Bo jamniki w hodowlach rodzą się już z tak krótkimi nogami, że niedługo będą się rodzić już w ogóle bez nóg i będą takimi chlebami. No to są skutki genetycznej zabawy z modyfikowaniem ras. Ja jestem zdania, że nie powinno być ras psów. W ogóle uważam, że kupowanie psów z hodowli jest niehumanitarne. A ludzie nie mają żadnej ewolucji. No bo gdyby tak było, to te zęby by się nie psuły od tego cukru. Cukier by w ogóle nie szkodził, a wszystko szkodzi. Jak się okazało od kilku lat wszystko szkodzi, co nas otacza i mamy katastrofę klimatyczną, o którą obwiniani jesteśmy my, czyli konsumenci, bo tylko do ludzi, czyli do konsumentów kierowane są wszystkie książki i komunikaty, co robić, żeby uratować planetę. Ale prawda jest taka, że żaden konsument nie jest w stanie tej planety uratować, póki diabelskie koncerny nadal będą produkować to, co produkują. To jest straszna hipokryzja.

Na życzenie konsumentów. Teraz cała historia z Gretą Młodą Szwedką generuje jakieś takie odbicia typu: jasne, jasne, to może ograniczymy najpierw konsumpcję spowodowaną żądaniami dzieciaków o dostarczenie najnowszych modeli telefonów, komputerów i tej całej reszty.
No przypałem jest to, że dożyliśmy takich czasów, że to dzieci mają rację. Że tylko dzieci najbardziej czują to, co się dzieje. Bo dorośli, ludzie w wieku naszych rodziców czy starsi, mają totalnie wyjebane na te zmiany klimatyczne. Oni mają samochody, mają domy, mają Parmigiano Reggiano i szynki parmeńskie i mają klimatyzację, która im jeszcze będzie działać, więc nie chcą tego słuchać. Ludzie w wieku naszych rodziców nie chcą w to wierzyć. Nie mieści im się to w głowie, że jak to, ja całe życie pracuję uczciwie, mam żonę, dziecko, wnuki, psy, plany na przyszłość, a tu nagle nie będzie wody? No, ale nie będzie tej wody. Tylko szkoda, że nikt tego nie słucha. To znaczy, rozumiem to, jest to kwestia wyparcia. Ale ile można wypierać? Przecież tego lata już było totalnie hardkorowo. Ja mdlałem po tramwajach, mimo że była klimatyzacja. No, a wiadomo, że z roku na rok będzie coraz cieplej.

www.facebook.com/Chromry

Dobra, ale byliśmy przy tym, że ciężko jest być człowiekiem.
Tak, ciężko jest być człowiekiem głównie dlatego, że ciało jest fatalnie niedoskonałe, odczuwamy głód. Jak byłem mały, bardzo lubiłem Jettsonów z Hanny Barbery. Oni żywili się tabletkami, to były tabletki obiadowe. Jedna tabletka – obiad. Łykali te tabletki i już nie byli głodni. Dlaczego tego nie ma? Owszem, są te Huele, jakieś koktajle proteinowe, ale no nie, nie będę pił koktajlu. Nie jestem koksem na siłowni, że muszę się doładować przed czy po treningu. Jest to obleśne. Chcę tabletki, żeby zaspokoiły mój głód. Uważam, że ta konieczność jedzenia jest strasznie męcząca. Ja uwielbiam jeść, uwielbiam dobre jedzenie, ale wtedy, kiedy mam na to ochotę. No bo kiedy musisz jeść przynajmniej 3 posiłki dziennie, żeby nie być złym i jakoś komfortowo przeżyć ten dzień, trudno jest każdym posiłkiem się rozkoszować. A druga sprawa jest taka, że ciało się starzeje i się psuje, a jak nic z nim nie robimy, to jeszcze bardziej się psuje. No i cały świat wyje i krzyczy, żeby dbać o siebie, żeby być lepszą wersją samego siebie. Teraz dzisiejsza młodzież…

Ale to twoi bohaterowie?
Nie, nie, moi bohaterowie są moimi równolatkami. Mówię o młodszym pokoleniu, o nastolatkach dzisiejszych. Oni mają już dokładnie ustalone wzorce ciał, jakie powinni posiadać. Głównie przez Instagram. I oni nie czekają na to, nie wyobrażają sobie, że dobra, jak będę kiedyś dorosły to se pójdę na siłkę i sobie zrobię kaloryfer, tylko oni po prostu już działają. Sytuacja jest taka, że to są dzieci. Jeszcze przed mutacją chodzą chłopcy na siłownię i napieprzają, bo chcą mieć ciała jak influenserzy w internecie. Ja jak byłem dzieckiem kwestia ciała, jak moje ciało wygląda, zupełnie mnie nie interesowała. Wciąż mnie nie interesuje i uważam, że to jest bardzo ciężkie, żeby dbać o zdrowie. Żeby dbać o sport, o to jak to ciało wygląda, dbać jeszcze o to, co jest w głowie i jeszcze dbać o ludzi wokół. Pieski mają o tyle fajnie, że ktoś nimi się opiekuje. One potrzebują kilka razy na dzień wyjść na spacer i miski jedzenia i żeby ktoś je przytulił. I elo.

A nie myślałeś o tym, że pieski też potrzebują być bez ludzi?
Ja myślę, że nie. Jaś Kapela na przykład pisał, że uważa za bestialskie posiadanie psa, że to jest trzymanie psa na uwięzi. Ale pies nie jest w stanie żyć bez człowieka. To mogliśmy mówić 2000 lat temu, a nie dzisiaj. Pies bez człowieka to pies nieszczęśliwy. No chyba że jest dzikim psem żyjącym z wilkami, ale wilki jedzą psy i zabijają. Nie, myślę, że pies bez człowieka sobie nie poradzi. Znaczy, wiadomo, że by sobie poradził, ale byłby wychudzony, zawszony i miałby dużo kleszczy. I w końcu ktoś by go rozjechał.

Nie wiem czy pamiętasz, ale Zbyszek Libera zrobił dawno temu pracę Body Master, taki zestaw na siłownię dla dzieci. Wtedy w tych latach 90. to wyglądało jak jakaś kosmiczna niemożliwość. Dzisiaj dokładnie tak jak mówisz, nie ma już w tym tego potencjału sprzeczności, czy jakiegoś takiego krytycznego poglądu.
Ale ja nie wiem, czy to dobrze, że te dzieci się tak tą cielesnością interesują. Nie jestem w stanie tego powiedzieć, czy to źle, czy dobrze. Bo z jednej strony jak będą się zajmować tym ciałem, to później unikną wielu schorzeń. Podobno.

Co ty. I tak im się kręgosłup psuje od tych telefonów.
Ale wiesz, jak zbudują sobie mięśnie kręgosłupa, to nie będą się tak garbić.

 A, okej.
A ja na przykład tych mięśni kręgosłupa nie mam i ci wszyscy moi równolatkowie podobnie. Chociaż ci bardziej aktywni chodzą na siłownię po pracy, mają swoich trenerów personalnych. Później przychodzą do pracy i mówią, że cieszą się z zakwasów. To jest chwalenie się zakwasami.

Ty się nie chwalisz zakwasami? A czym się chwalisz? Przychodzisz do pracy i czym się chwalisz?
Nie chwalę się.

No to czym? Ale miałem wczoraj doła! [śmiech] Nie, staram się nie uzewnętrzniać w pracy. Chociaż i tak mi to nie wychodzi.

Bo w pracy pracujesz nad swoimi książkami.
Ha ha! Czasami też nad czymś innym. 

Dlaczego nie jesteś entuzjastycznie nastawiony do dominujących trendów zachowań w swoim pokoleniu?
A jakie to są dominujące trendy? 

No wiesz, to trudno jest ustalić, ale takie wyobrażenia o tym, co się ma, albo co się robi, albo jak się zachowuje człowiek, który osiągnął no jakiś tam stopień może nie sukcesu, ale za to zadowolenia z życia. Czy w ogóle są teraz takie standardy? Dawniej była meblościanka, mały Fiat, mieszkanie w bloku. A co tym jest dzisiaj?
Myślę, że częste podróżowanie po świecie. Nawet już nie tyle po Europie, co po prawdziwym świecie. Nawet Tajlandia już jest jakby passe, teraz jeździ się gdzieś dalej. Ale gdzie, to nie pamiętam [śmiech]. Myślę, że własne mieszkanie nie jest już synonimem dorosłości. Przynajmniej w wielkich miastach, bo wszyscy się przeprowadzają i wynajmują. Bo to jest tak, że ci dorośli, czy młodzi trzydziestolatkowie, czy tam nastolatkowie po trzydziestce z domu wynieśli wiedzę i taki plan na życie, że to mieszkanie powinno kiedyś się pojawić. A z drugiej strony patrzą na Zachód i czytają o tym, co ich rówieśnicy robią w Berlinie i jakby też podoba im się ten styl życia z wynajętym mieszkaniem. To jest styl życia nomadów. Wydaje mi się, że po jakimś czasie podróżowania i łudzenia się, że będę żyła-żył chwilą, to ten kredyt i tak się pojawia. Ja myślę, że najważniejsze są pieniądze w życiu. Zawsze tak było i wciąż tak jest, tylko w różnej formie. No bo na te podróże też trzeba mieć. Te buty najki też trzeba mieć, żeby stać w kolejce tam na Brackiej, tak? Trzeba mieć te pieniądze. Generalnie takie życie lajfstajlowe, jakie jest kolportowane po Instagramie i po całym internecie, jest dosyć drogie.

No dobra, ale to jest tylko kawałek tego, co się dzieje w Polsce, no nie? To jest jakiś tylko fragment.
Ale ja się wypowiadam w tematach, które są mi bliskie i które w jakiś sposób rozumiem i których doświadczyłem. Bo w tej książce opowiadam o życiu przedstawicieli tak zwanej klasy kreatywnej w kontrze do życia ludzi z bloku. Znaczy oni też mieszkają w bloku. Ludzie z bloku to jest metafora tych ludzi biedniejszych, no. Jakby takich dziadów. Ludzi z bloków, którzy nie pojawiają się w centrum i mają wyjebane na kulturę i takie tego typu rzeczy. A to są jakby normalni ludzie no i ja w tej książce stawiam chyba pytanie, kto jest bardziej prawdziwy. Czy ludzie aspirujący i stawiający na wykreowanie sobie życia, nowego swojego życia w rewitalizujących się dzielnicach, czy autochtoni, którzy żyją swoim tempem i nie mają tych aspiracji. Chociaż też mają jakieś aspiracje. Tylko te aspiracje są na innym poziomie.  No bo ci trzydziestolatkowie, ich aspiracje wiszą na stronach typu ID, a tamtych autochtonów bardziej w magazynie „Party”. Albo w dzienniku „Fakt”. Albo w ogóle nie czytają prasy, no bo nikt już nie czyta prasy. Ludzie czytają głównie gazetki z supermarketów, które są dostarczane do bloków. Chociaż i tak już nie tak często jak kiedyś. Myślę, że dzisiaj ludzie czytają gazetki z Żabki, bo są co 2 tygodnie nowe i są w małej atrakcyjnej formie, można je włożyć do siatki z zakupami, a później sobie przeczytać w toalecie. Przeglądać sobie. 

A myślisz, że jest jakaś możliwość porozumienia między…
Oczywiście! Zawsze jest możliwość porozumienia, tylko trzeba wyjąć kija z dupy. Przestać traktować kogoś swoją miarą, tylko uruchomić empatię. Ja widzę jednak pewien plus w tym, że ci młodzi ludzie wracają, znaczy, nie wracają, postanawiają mieszkać w dzielnicach, o których wcześniej nie myśleli, tak jak na przykład na Pradze. Ponieważ jak wiadomo Praga tak samo jak Nowa Huta ma absurdalnie złą opinię. No ale kiedy to się już stanie, to po pierwszym szoku poznawczym, jeżeli on w ogóle nastąpi, to ci młodzi najeźdźcy – jak to autochtoni czasem ich nazywają – są mili, empatyczni i wracają do tradycji sąsiedzkich, o których zapomnieli nasi rodzice. I to się udaje. Myślę, że pieski pełnią dużą rolę w tym.

Kultywowanie miejskości to bardzo ciekawy wątek. Nie wiem do jakiego stopnia on się pojawia w twojej książce, ale wydaje mi się, obserwując to, co się dzieje z miastami, że ta miejskość jest wymyślona przez to pokolenie, które opisujesz, czy do którego się odnosisz. Nowy sposób używania miasta dochodzi do głosu właśnie dzięki temu pokoleniu, które chce go używać i używa go na swój własny sposób.
Lepiej, żeby to nie następowało? Żeby ci ludzie nie próbowali się integrować?

Nie, nie. Nie o to pytam. Do Warszawy przyjechałeś z Krakowa i jesteś entuzjastycznym nowym Warszawiakiem, który docenia uroki stolicy zwykle stawianej w opozycji do Krakowa jako miasto zestresowane, szybkie, niewyluzowane, nie potrafiące doceniać uroków życia, co jest główną zaletą oczywiście krakowską. Ta szybkość życia, wszystkie te rzeczy, które w Warszawie się pojawiają jako elementy charakterystyczne, stają się pożywką dla nowej miejskości rozumianej jednak jako uwsiowienie miasta. Więcej natury, więcej zieleni, więcej relacji międzyludzkich, więcej społeczności, więcej rowerów, wiesz.
Chłopomania.

No właśnie – czy to jest śmieszne?
Ja uważam, że to nie jest śmieszne. Uważam, że to jest jedyny sposób na poradzenie sobie w mieście. Nie można już dłużej być bucem. Trzeba zainteresować się ludźmi, z którymi się mieszka w jednym bloku czy kamienicy. Ja widzę, że to działa, no bo na mojej Prażce już widzę, że młodzi ludzie już nawet ci, którzy są tacy świezi… Świezi? To brzmi fatalnie – mieszkańcy zaprzyjaźniają się na przykład z dozorczyniami. Rozmawiają z nimi i to nie jest gadka wymuszona typu dzień dobry-bry, tylko faktycznie rozmawiają, bo łączą ich pieski. Jak wiadomo pieski głównie na osiedlach mają starsi ludzie. I kto wychodzi z pieskami – raczej są to kobiety. A wiadomo, że z kobietą łatwiej się dogadać niż z mężczyzną w podeszłym wieku. Zawsze tak jest, z małymi wyjątkami. No i ci młodzi ludzie też mają pieski, no bo od kilku lat trwa boom na adoptowanie piesków ze schroniska i bardzo dobrze. No i te pieski się spotykają, a jak się pieski spotykają, to właściciele też się zaprzyjaźniają, co jest super. Ja to widzę w mikroskali, to się dzieje i kibicuję temu. Sam również dokładam swoją cegiełkę, rozmawiając z paniami z pieskami.

Dlaczego nie wysilić się trochę i poszukać powodów, dla których jednak jest fajnie? Fajnie jest na Instagramie poobserwować Chromrego. Ja lubię na przykład jak zamieszczasz swoje rysunki.
Nie no, wiesz ja ci mogę powiedzieć 365 powodów, dla których warto żyć.

www.facebook.com/Chromry

Dawaj.
365? Na przykład można sobie zrobić fajnego drinka z Prosecco i Aperole i z sorbetami owocowymi ulubionymi i jeszcze żelkami Haribo.

Żelkami Haribo?!
W kształcie owoców! Bo ja robię takie specjalne drinki, że mam takie totalnie wintydż szkło, które sobie kupiłem na bazarze Namysłowska i te drinki są takimi małymi dziełami sztuki, wiesz, one wyglądają jak bukiety.

To jest jakaś wyrafinowana forma uzyskiwania przyjemności.
Tak, tak. myślę, że można też sobie posmarować kromkę chleba musztardą. To jest w ogóle moje ulubione danie, jak sobie zdałem sprawę. Bo całe dzieciństwo to jadłem i kazałem sobie robić. Moja mama tego nie znosiła, bo zawsze jej robiło się głupio, że jej dziecko je chleb z musztardą, kiedy stać ją na bardziej wartościowe składniki odżywcze. Ja wróciłem ostatnio do tego chleba z musztardą.

Czy tam jest masło?
Nie.

Jaka to jest musztarda?
Sarepska. Bo to musi być najtańsza musztarda. Żadnych wyrafinowanych diżą, nic z tego. Musztarda Sarepska. Bo to musi mieć taki kolorek taki, wiesz, w cytrynkę wpadający. I to nie z żadnej dobrej firmy, nie jakieś takie w słoiczkach fifa rafa, tylko Sarepska jakiejś takiej polskiej firmy niezbyt ciekawej. No tak, no i ten chleb z musztardą wciąż mi sprawia radość i czuję się bezpieczny, jak sobie go jem. Podobno Houellebecq też to lubi. Zupełnie nieprzypadkowo.

Naprawdę? Ale jak ty na to wpadłeś, na chleb z musztardą?
Nie wiem. Ktoś w domu chyba. Mój dziadek miał takie specyficzne upodobania kulinarne. Znaczy nie wiem, czy specyficzne. Na przykład jadł czosnek garściami tak całościowo. Obrany. Bardzo lubił też jeść makrelę z gazety. Mój dziadek był hutnikiem i budował Hutę. Jestem takim prawdziwym autochtonem nowohuckim. I ta ryba w makreli – boże, ryba w makreli – ryba w gazecie w moim przypadku nie jest jakąś metaforą czegoś, tylko jest moim dzieciństwem. Ten smród ryby i smród czosnku – zapach mojego dziadka. Czyli zapach mojego dzieciństwa. I wydaje mi się, że to on mnie tą musztardą zaraził. No i jeszcze kogiel mogiel. Tylko kogla mogla bym już nie zjadł. Bałbym się, że dostanę salmonelli [śmiech]! Jajka jem. Nie jem mięsa, ale jajka jem. Nabiał jem, bo bez nabiału nie jestem w stanie żyć.

Nareszcie! Czekaj, nabiał…
Nabiał jest miłością mojego życia. Życie bez sera żółtego nie istnieje. Ser żółty to życie. mogę to mówić głośno i wyraźnie i się tego nie wstydzić. Niech weganie spierdalają w tym wypadku. Naprawdę, żadne sery wegańskie, żadne sejtany. A wiesz co mnie wkurza strasznie?

No?
To, że w ogóle jest moda na weganizm to spoko. Tylko wiadomo, że jak ta moda się skończy, to połowa tych ludzi wróci do wołowiny, prawda?

Radio Maryja już teraz się o to stara zachwalając mięsożerność.
Radio Maryja akurat pomoże, żeby więcej ludzi nie jadło mięsa, ale jak ta cała fala przejdzie, jak to całe szambo się przez Polskę przeleje – bo ja wierzę, że się przeleje i że w końcu to się skończy – ten cały syf, ten cały cyrk. Już wszystko jest na maksa. Wydaje mi się, że rzeczywistość jest przekrzyczana. Jak włączamy wiadomości telewizyjne, to nigdy nie mówią o dobrych wydarzeniach. Jakby, miłe wydarzenia nie istnieją na świecie. Trzeba na to uważać, dlatego ja wiadomości włączam rzadko. Ja też jestem osobą zagrożoną depresją klimatyczną. Jeszcze jak słyszę… zwłaszcza Fakty to robią, bo wiadomo, że Fakty wierzą na szczęście w katastrofę klimatyczną i wiem, że oni robią dobrą robotę, że pokazują na przykładzie polskim, że: to jezioro wyschło, ta rzeka wyschła, za rok już nie będzie tej rzeki, bo ludzie tego nie wiedzą, albo w to nie wierzą. Natomiast ja o tym wiem doskonale i jak kolejny raz widzę reportaż o rzece, no to już mam tutaj. Ja muszę żyć! Nie mogę cały czas o tym myśleć, no bo ja nie uratuję planety! Ale o czym my mówiliśmy?

Moim zdaniem ta rozmowa jest o tym, że jest trudno po prostu się pozbierać.
No ale trzeba sobie zrobić własną murzyńską chatę. Znaczy, murzyńska chata to może zła nazwa, ale trzeba sobie zrobić taką własną hacjendę, własne gniazdko hipisowskie. Trzeba sobie powiesić obrazki na ścianie.

Stoły z Ikei?
[wzdycha] Akurat stoły z Ikei są solidne. Jak się zapłaci za nie dużo pieniędzy. Ale jak się chce zapłacić dużo pieniędzy, to lepiej kupić po prostu wintydż z drewna taki ładny. Bo stół nie powinien być taki czysty i bez żadnych rys [odgłos przesuwania ręką po stole]. No bo stół to jest kronika życia domowników.

Dobra, zadam ci pytanie, może ono być głupie, na koniec. Czy ty myślisz, że twoje pokolenie, ale też zastrzeżeniem: twoje pokolenie ludzi w podobnej sytuacji, którzy mieszkają w dużych miastach i wyznają podobne wartości, czy myślisz, że ich styl bycia, życia jest właśnie takim ochronnym środowiskiem, które nakładacie na siebie po to, żeby nie odczuwać w pełni tej frustry, która na przykład powoduje tą młodziutką Gretą, która wczoraj przemawiając w ONZ była na wpół wkurwiona, a na wpół płacząca?
Wygodnie i fajnie jest wiedzieć, że są gdzieś obok ludzie, którzy myślą podobnie, jak nie tak samo. To z tego względu. To jest niezbędne. Niezbędne jest, żeby te grupy się trzymały razem, albo chociaż, żeby wiedziały, że tacy ludzie też istnieją. Głównie dlatego, że żyjemy w bardzo małej bańce. Co pokazały ostatnie wyniki wyborów. Bo wszyscy mówili idźcie na wybory, idźcie na wybory, no i ludzie w końcu poszli. Nigdy nie było wyborów do Parlamentu Europejskiego z taką frekwencją. Frekwencja była rekordowa. I wyniki też. No i elo. Mam nadzieję, że będzie lepiej. [gromki śmiech]

Myślisz, że to wspólne wyprowadzanie piesków kiedyś Polakom da szansę na zakopanie rowów?
Tak, myślę, że posiadanie piesków z jednej strony powinno być obowiązkowe, ale jak myślę, że jak coś jest obowiązkowe, to jest źle. A jednak powinna być jakaś taka forma życia, forma obywatelska Polki i Polaka, bo co to za dom, co to za rodzina, bez psa?

 

Bolesław Chromry (Damian Siemień) – rysownik, malarz, ilustrator. Rocznik ’87, absolwent Wydziału Grafiki na ASP w Krakowie. Autor powieści graficznych, m.in. Pokrzywy, Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę i Elementarz Polski dla Polaka i Polki z Polski wydanych nakładem wydawnictwa Korporacja Ha!art. W 2019 roku w oficynie W.A.B. ukazała się jego debiutancka powieść Pozwólcie pieskom przyjść do mnie. W NN6T ma swoją rubrykę „Ol inklusiw”.

Spisywanko czyli tranksrypcja: Julia Żabowska