Bąbelki

Przyszłość czeka za rogiem to cykl miniatur Joanny Erbel, autorki Poza własnością – książki przedstawiającej możliwe scenariusze polityki mieszkaniowej. Miniopowiadania z niedalekiej miejskiej rzeczywistości, które przedstawiamy Wam w NN6T, powstały w czasie pandemii COVID-19.

Rys. Gosia Zmysłowska

Tosia była zmęczona kwarantanną, ale miała nadzieję, że jeśli wszystko dobrze pójdzie to pod koniec tygodnia otworzą knajpy. Dwa miesięcy izolacji sprawiało, że nawet ona, będąc introwertyczką, zaczęła tęsknić do ludzi. Pewnie jeszcze tydzień i z nostalgii za normalnością przyjęłaby zaproszenie na rodzinny wypad na wakacje. Potem oczywiście by żałowała, ale teraz po dłuższym okresie samotności zapomniała jak jej rodzice i młodszy brat ją męczą. Zwłaszcza, jeśli spędza z nimi za dużo czasu. Za dużo, to znaczy więcej niż dwie godziny. Napływ myśli przerwała jej wiadomość od Toniego.

 

– Jesteś? Gramy?

– Jasne! – odpisała szybko i wyszła na balkon.

 

Tony już czekał. Pomachała do niego. Było pięć po szesnastej. Czas na ich rytuał. Od kiedy zostali zamknięci, to codziennie grali w kalambury.

 

– Zaczniesz? Nie mam jeszcze pomysłu… – rzuciła Tosia.

– Jasne. Czekając na ciebie już coś wymyśliłem. Balkon w drugiej klatce trzecie piętro. Łap.

 

Tosia odebrała wiadomość, po czym spojrzała na opuszczony od tygodni balkon. Jej sąsiadka, jak jeszcze tu mieszkała, rzadko na niego wychodziła i tylko od czasu do czasu suszyła na nim pranie. Teraz jednak nie było jej w domu i nic nie zapowiadało się, że wróci. Na początku pandemii rodzina zabrała ją na wieś, a balkon, który zawsze był pusty, wyglądał jeszcze smutniej. Na drabince dostawionej do ściany dogorywały resztki dzikiego wina posadzonego w dużej glinianej donicy, a na barierce gdzieniegdzie ostały się pozostałości po trzcinowej macie, którą sąsiadka otoczyła balkon, aby zasłonić swoje suszące się pranie, jakby było w tym coś głęboko niestosownego, że coś tak intymnego jak pościel jest wystawione na widok innych. Ale dziś prania nie było, a opustoszały balkon był idealnym miejscem dla ćwiczenia wyobraźni. Tosia była ciekawa, co tym razem wymyślił Tony. Miała dziesięć minut na odszyfrowanie wizji i narysowanie jej na tablecie. Umówili się, że Tosia będzie rysować, a Tony pisać. Tak było sprawiedliwie. Dzięki temu komunikowali się w sposób najbardziej naturalny dla każdego z nich. Musiała się skupić. Ostatni raz spojrzała uważnie na Toniego chcąc wyczytać obraz z jego myśli. Wzięła łyk ziołowej herbaty i zamknęła oczy. Po pięciu minutach pojawiły się pierwsze zarysy jego wizji. Sięgnęła po szkicownik i szybko przeniosła obraz z wyobraźni na ekran. Od kiedy wprowadzono ograniczenia w wychodzeniu z domów, to grali w tę grę codziennie. Wyobrażali sobie jak będzie wyglądać świat po pandemii. Czasami grali patrząc na podwórko, a czasami na całą ulicę. Oboje byli przytłoczeni poczuciem niepewności, więc umówili się, że będą wymyślać tylko dobre scenariusze.

 

Odesłała mu obrazek. Balkon był cały obrośnięty bluszczem, dzikie wino odżyło dając soczyste owoce, a pomiędzy barierkami luźno powiewał pleciony turkusowy hamak. W oknach wisiały świeżo uprane firanki, a nad linią drzwi balkonowych i okien szereg budek dla jerzyków i wróbli, które ułożone były w fantazyjne geometryczne kształty. Nie była pewna, czy wszystko zobaczyła. Czegoś jej jeszcze brakowało. Ale trudno czas minął.

– I jak?

– Prawie trafiłaś. – odpowiedział Tony.

– Jak to prawie? – oburzyła się Tosia, bardziej z odruchu niż z przekonania, bo wiedziała, że rysunek nie był doskonały.

– Chcesz spróbować jeszcze raz czy się poddajesz?

– Daj mi chwilkę – rzuciła Tosia i zabrała się w powrotem do rysowania.

Czyli dobrze jej się wydawało, że czegoś brakowało. Spojrzała jeszcze raz balkon i po chwili zamknęła oczy. Minutę później znów je otworzyła wpatrując się intensywnie w balkon. I tak kilka razy, jakby rytmicznym pulsującym mrużeniem oczu chciała przywołać zagubiony obraz. Po chwili zadowolona zakrzyknęła.

– Już wiem! Kot! Na parapecie.

– Brawo! – Tony uśmiecha się do niej promiennie.

– Musiałam go potraktować jako plamę światła! – tłumaczyła się Tosia.

– To prawda. Trochę się świeci… – zaśmiał się Tony. – Ale to dlatego, że to on jest w tej wizji najważniejszy. Chciałbym być jak on, nie przejmować się niczym tak długo jak mam ciepłe miejsce do spania i karmę.

– Oj tak…

– Ale nie ma co. Wprawdzie mamy więcej zmartwień, ale też i bujną wyobraźni€! Grajmy dalej! Teraz twoja kolej. Sąsiad spod czwórki, który siedzi na ławce na patio – zarekomendował Tony.

– Wyzwanie przyjęte!

Rys. Gosia Zmysłowska

Tosia uśmiechnęła się szelmowsko, naszkicowała swoją wizję i po chwili wysłała Toniemu zakodowany obraz.

– Próbuj!

– Nie no, bez jaj – odezwał się po chwili Tony zwijając się ze śmiechu.

– Serio, serio. – zaśmiała się w odpowiedzi Tosia.

– To ma być twoja wizja? Nie bądź podła! Miały być same miłe historie.

– Nie moja. Jego – uśmiechnęła się Tosia wskazując palcem na sąsiada. – Ściągnęłam ją niechcący i mi się spodobała. Ale nie sądziłam, że to zobaczysz…

– No pięknie… ładne masz o mnie zdanie… Myślałaś, że jestem na tyle uprzedzony, że nie będę w stanie wyobrazić sobie czterdziestolatka z sześciopakiem jako ponętnej sześćdziesięciolatki, która od niechcenia maluje sobie paznokcie rozsiewając wokół siebie aurę pożądania.

– Hehe, właśnie tak było. I miło mnie zaskoczyłeś. A teraz spadam. Muszę się przejść, bo zwariuję.

Tosia dopiła herbatę i postanowiła pójść na spacer do lokalnego warzywniaka. Na ulicy nie było prawie nikogo. Z naprzeciwka szedł tylko jej sąsiad Marek z zakupami. Z torby wystawały mu dwa dorodne pory, bujny pęczek natki, bagietka i butelka czerwonego wina. Wyglądał na zamyślonego. Minęli się zachowując obowiązkowy dwumetrowy dystans. Tosię aż wzdrygnęło. Nagle wszystko wokół stało się szare i smutne. Drzewa straciły kolor, a ulica pokryła się pyłem. Płoty były podziurawione, a skrzynki elektryczne zepsute. Ruch na ulicy stał się bardziej natężony. Po ulicy biegali ludzie przepychając się, jakby przed czymś uciekali. Nad ich głowami latały drony. Wyglądało to wszystko jak scena z filmu apokaliptycznego. Tosię opanowało uczucie głębokiego smutku i beznadziei. Minęła chwila zanim zorientowała się, co się dzieje. Weszła niechcący w wizję Marka.

– Tss, tss… – rzuciła w przestrzeń i machnęła trzy razy energicznie lewą dłonią, żeby odgonić nieprzyjemne obrazy.

Musiała uważać. Kiedy była mniej czujna, to chłonęła cudze emocje jak gąbka. Traciła wtedy swoje własne spojrzenie na świat i dawała się pochłaniać wizjom ludzi, których spotykała. Wprawdzie przed pandemią wypracowała sobie mechanizmy ochronne, ale dzisiaj po dłuższej izolacji zapomniała zabezpieczyć swoją aurę jak wychodziła z domu. Ceniła sobie to, że dzięki przymusowemu zamknięciu czuła wszystko mocniej i bardziej wyraziście, ale powinna bardziej dbać o siebie. Jej intuicję dodatkowo wzmacniała codzienna gra z Tonym w kalambury, więc cudze emocje odbierała bardzo intensywnie. Widziała obrazy, ale też potrafiła zobaczyć emocje, które im towarzyszą. Czasami był to świetlisty jeden obiekt, który nazywała „sercem wizji”, ale znacznie częściej były to po prostu różnego rodzaju kolory. W zależności od tego jak widzieli świat, ludzie byli otoczeni aurami w różnych barwach. Żartowała sobie z Tonym, że wystarczy, że spojrzy na budynek i już wie, co myślą jego mieszkanki i mieszkańcy. Zupełnie jakby przeprowadzać konsultacja społeczne. Może zresztą pójdzie kiedyś do urzędu i im to zaproponuje? Ciekawe jak zareagują. Tosia uśmiechnęła się do siebie na myśl o zdziwieniu na twarzy urzędniczek, jakby im opowiedziała o swoich zdolnościach. Ale niezależnie od tego jak wykorzysta swoje umiejętności, to musi jeszcze trochę poćwiczyć.

Rys. Gosia Zmysłowska

Spojrzała w górę na kamienicę, przed którą się zatrzymała. Większość okien była szaro–bura, w kolorze podobnym do tego, który otaczał Marka. Ale było też kilka limonkowych, różowych i żółtych okien. Tosia skupiła się na jednym z nich, wzięła głęboki oddech, jakby chciała wchłonąć wychodzącą z niego energię, po czym spojrzała na ulicę. Wzdłuż chodnika wyrósł szpaler drzew owocowych poprzetykanych krzakami dzikiej róży tworzącymi malownicze zakątki. Pośrodku każdego z nich stała półokrągła ławka z niewielkim stoliczkiem. W każdym z zakątków siedzieli ludzie. Pomiędzy drzewami rozwieszone były lampiony, ale nie widziała źródła prądu. Musiały być zasilane panelami słonecznymi umieszczonymi poza zasięgiem jej wzroku w koronach drzew. Co jakiś czas przejeżdżał rower, skuter lub samochód. Było spokojnie. Auta przemieszczały się po jednokierunkowej ulicy powoli i bardzo cicho. Pewnie były elektryczne. W oknach domów stały wazony pełne kolorowych kwiatów, a z jednego z przedogródków dobiegał intensywny zapach bzu. Tosia była ciekawa jak wygląda autorka wizji. Była przekonana, że musiała ją stworzyć jakaś kobieta. Skupiła myśli i zajrzała do mieszkania, z którego dochodziła zielonkawa poświata. W hamaku podwieszonym pod sufitem drzemał młody chłopak. Wizja otaczała go niczym limonkowy bąbelek. Tosia wzięła do ręki tablet i szybko narysowała ten obraz. Pokaże potem Toniemu. Ucieszy się. Jeszcze kilka minut chłonęła tę wizję świata, po czym przeniosła się do innego mieszkania, z którego biła różowa poświata. Wczuła się w ten landrynkowy kolor i spojrzała na ulicę. Powietrze słodko pachniało, a budynki były zrobione z przejrzystych cegieł. Podeszła do ściany jednego z nich. Wyglądał jakby ściana była z lizaka. Pośliniła opuszek wskazującego palca i przesunęła nieufnie po fasadzie. Jej skóra przykleiła się powierzchni. Tosia oderwała palec i polizała go. Był słodki. Czyli jednak lizak. Rozejrzała się po okolicy i wszystko było jak z bajki. Zaczęła się zastanawiać czyja to wizja. Pewnie trafiła na jakąś fantazję dziecka. Zajrzała w okno. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyła masywnego faceta, który grzebał coś na tablecie. Uśmiechnęła się do siebie widząc swoją pomyłkę.

 

Postanowiła się przerzucić na inną wizję. Jej wzrok przyciągnęło niebieskie światło. „Pewnie jakiś fan technologii” – zaczęła się zastanawiać z myślach. Miała rację. Świat wokół nabrał metalicznej poświaty. Zniknęły metalowe płoty, a zamiast nich wyrosły szklane mury bez furtek. Zobaczyła, że ludzie podchodzą do nich i patrzą w szybę. Jeśli mają dostęp po pięciu sekundach tafla szkła się przesuwa. Nie wiedziała tylko skąd oni wiedzą, gdzie są drzwi. Po chwili jednak zobaczyła migające diody na chodniku. To one wskazywały wejście, chociaż też pewnie nie wszystkim. Podobnie jak w wizji Marka, wszędzie były drony, ale były one bardziej nowoczesne i znacznie mniejsze. Wyglądały jak robotyczne kolibry. Tosia nie chciałaby się znaleźć w tym świecie. Był bezduszny, na ulicy nie było życia.

 

Przeskakiwała z okna w okno, z balkonu na balkon, aż natrafiła na coś dziwnego. Z jednego z mieszkań biło intensywne białe światło. Tosia próbowała się przebić do środka, ale jasna poświata odbijała jej energię jak lustro. Po kilku próbach zrobiła się coraz bardziej zmęczona, a zimny blask zaczął ją oślepiać. Nigdy wcześniej nie spotkała się z czymś takim. Nie widziała, co się dzieje. Spojrzała na ulicę. Wszystko zniknęło. Domy, chodnik, drzewa auta. Jakby stała na pustej kartce. Chciała odgonić tę wizję, ale nie miała siły. Po chwili otoczenie zaczęło się zmieniać. Białe światło nabierało kolorów i nagle Tosia zobaczyła wszystkie kolory tęczy. Spojrzała ponownie na balkon. Z wielobarwnej poświaty wyszła młoda dziewczyna o szczupłej muskularnej sylwetce i falujących kasztanowych włosach.

 

– Przepraszam, że cię przestraszyłam – zwróciła się do Tosi spokojnym głosem. – Testowałam różne wizje przyszłości i nie mogłam cię do nich wpuścić.

 

Tosia stała zdezorientowana na chodniku, ale świat wokół nich zaczął wyglądać tak jak do tego przywykła, więc poczuła się pewniej.

 

– Chcesz wejść? – zapytała dziewczyna. – Opowiem ci, co widziałaś. Śledzisz cudze aury, więc może ci się spodobać. Tosia kiwnęła głową. – To wciśnij srebrną gwiazdę na domofonie, a potem trzecie piętro i zielone drzwi po prawej na końcu korytarza.

 

Piętra były wysokie, a w budynku nie było windy. Na klatce stało mnóstwo roślin w doniczkach i to takich, których Tosia nigdy wcześniej nie widziała. Im wyżej wchodziła, tym rośliny stawały się bardziej egzotyczne i przybierały mniej oczywiste kolory. Tuż przed wejściem na trzecie piętro wyrósł na parapecie las różowych liści. Tosia przyglądała im się z uwagą. Wyglądały jak sztuczne, ale były prawdziwe. Skupiła na nich uwagę. Chciała je najlepiej zapamiętać i narysować po powrocie do domu, aby pokazać Toniemu. Kiedy weszła na trzecie piętro to dziewczyna z balkonu już na nią czekała w drzwiach. Tosia ruszyła korytarzem w biało–czarne kwadraty. Przed oczami zaczęły jej migać figury szachowe. Miała poczucie, że stojący tuż przed drzwiami wejściowymi konik do niej mrugnął.

 

– Przepraszam, że tyle mi to zajęło, ale nie mogłam napatrzeć się na rośliny. Nigdy czegoś takiego nie widziałam – zaczęła się tłumaczyć Tosia.

– Zastanawiałaś się pewnie, czy są prawdziwe? – zaśmiała się gospodyni.

– Tak. Wydają się bardzo nierzeczywiste. Zwłaszcza te różowe.

– To prawda. Ale to ich naturalny kolor.

– A te pionki wokół?

– To moja wizja. Nudziłam się trochę czekając na ciebie, więc rozegrałam partyjkę.

– Ale tu nie ma pełnej szachownicy – zareagowała szybko Tosia.

– A to zależy jak spojrzysz. Odwrócić się.

 

Tosia posłusznie się odwróciła i zobaczyła lekki powidok szachownicy na ścianach. Uśmiechnęła się.

 

– No tak… Już widzę.

– Zresztą reguły gry to kwestia umowna. Wejdziesz? A w ogóle to jestem Dagna.

– Tosia.

 

Podążyła za Dagną w głąb mieszkania. Było bardzo przestrzenne. Sercem mieszkania był duży salon z kuchnią. Pozostałe pokoje były znacznie mniejsze. Dagna zaprowadziła ją do niewielkiego białego pokoju z balkonem. Na podłodze leżały popielate poduszki i koce. Tosia spojrzała w górę. Ku jej zaskoczeniu pomieszczenie miało co najmniej dziesięć metrów wysokości. Nie było pokoikiem, ale wysoką komnatą, której wyższe poziomy były porośnięte roślinami. Sufit zwieńczała kopuła, pod którą wisiał hamak. Na półkach przy ścianach wygrzewały się koty. „To niemożliwe” – pomyślała. Po czym zdała sobie sprawę, że jest po prostu w kolejnej wizji swojej gospodyni. Już miała o to zapytać, ale Dagna odezwała się pierwsza.

Rys. Gosia Zmysłowska

– Pewnie się zastanawiasz dlaczego cię zaprosiłam.

– Szczerze? To nie. Wydało mi się to całkiem naturalne.

– To prawda. W sumie po co ci się tłumaczę. Przecież jesteśmy bardzo podobne. Jak zobaczyłam, że oglądasz aury, to poczułam, że muszę ci coś opowiedzieć.

– Zamieniam się w słuch.

– Poszukuję wizji przyszłości i staram się wzmacniać te, które są dobre dla świata.

– Ale jak to?

– Jak zostawiasz elementy wizji, to one się umacniają i stają się bardziej rzeczywiste. Kolejne osoby dokładają do nich swoje fragmenty i powoli to, co było początkowo tworem wyobraźni staje się powoli elementem wspólnego świata.

– Czyli jesteś po prostu hakerką?

– No, można tak powiedzieć – zaśmiała się Dagna. – Ale ja wolę o sobie myśleć jako o trendsetterce lub po prostu aktywistce.

– W sumie nazwa nie ma znaczenia. A możesz mi podać jakieś przykłady takiego hakowanie świata? To już jest gdzieś wokół nas?

– Tak. Na przykład rośliny doniczkowe.

– Ale jak to?

– Zauważ, że przez lata nie były zbyt popularne. Jakoś nie pasowały do wnętrz i do wizji dobrego życia.

– No tak. Właśnie o tym mówię. Trochę to trwało, aż pewnego dnia przeskoczyło. Zrobiły to monstery.

– Monstery? A dlaczego akurat one?

– Kto to wie, tak naprawdę… Może dlatego, że mają dziwną nazwę, świetnie wyglądają jako tatuaż i tapeta do biura, a do tego szybko rosną.

– Roślina dla niecierpliwych – zaśmiała się Tosia.

– Właśnie tak, a do tego oczyszcza powietrze. Przetarła szlaki innym roślinom. Nawet paprotki się załapały na falę powrotów. Nie sądziłam, że wrócą tak szybko.

– Ja tam lubię paprocie. Kojarzą mi się z baśniami o nocy świętojańskiej.

– Też lubię tę historię…W każdym razie rośliny domowe przybliżają wizję zielonej przyszłości. Jak zaczynasz dzień od kontaktu z nimi, to potem przynosić je do biura i jeszcze bardziej cię razi brak roślin na mieście.

– A co teraz zapowiada przyszłość? Oglądałam wizje twoich sąsiadów i poza roślinami nic dobrego nie rzuciło mi się w oczy. Za to dużo mrocznych lub mocno odjechanych wizji, jak świat z cukierków.

– Czyli byłaś u Tomka w pracy. Robi nowy film reklamowy i mocno się wczuwa – zaśmiała się Dagna. – Ale jeśli chodzi o przyszłość, to też jeszcze nie wiem. Ludzie wyobrażają sobie bardzo różne rzeczy. Często straszne.

– Jak drony patrolujące ulice i obserwujące każdy nasz krok.

– Albo blokady dostępu wokół parków, skwerów i placów. Taki wirtualny elektrycznych pastuch.

– Naprawdę tak mało jest pozytywnych wizji, które można użyć?

– Mało. Ale opowiem ci o jednej, bo nadaje się do miejskiej partyzantki. Pokażę ci coś. Chodź na balkon.

 

Dagna wstała i wyszła z pokoju. Tosia poszła za nią. Stanęły przy barierce patrząc na ulice.

 

– Widzisz te dwie ławki?

– Tak.

– To teraz skup się i patrz.

 

Na oczach Tosi z dwóch ławek zrobiły się cztery. Jedną z nich Dagna odwróciła oparciem do budynków, a trzy pozostałe umieściła na jezdni, tak, że powstał między nimi kwadrat. Po chwili pusta rama wypełniła się szachownicą, a na ławkach pojawili się ludzie, żeby rozegrać partię szachów.

 

– Widzisz? – zapytała się Dagna.

– Tak. Piękne. Lubisz szachy.

– To prawda. Ale to tylko przykład. Chodzi o to, żeby stworzyć przestrzeń do życia. Dla ludzi mniej wrażliwych na wizje można to narysować farbą albo nakleić taśmę.

– Podoba mi się ten pomysł.

– Póki co to najlepsze na co wpadłam oglądając cudze marzenia. Ale może jeszcze coś się trafi jeszcze.

– Oby, oby. Muszę wracać do domu, ale cieszę się, że się poznałam. Chętnie bym kiedyś jeszcze pogadała.

– Jasne. Wpadaj. Wiesz, gdzie mieszkam. – Dagna wstała, poszła do drugiego pokoju i wróciła z różową rośliną. – I weź to na pamiątkę.

 

Tosia podziękowała i wyszła lekko oszołomiona. Mocno ściskała w dłoniach doniczkę, jakby nie wierzyła, że to spotkanie naprawdę miało miejsce. Po powrocie do domu postawiła różowy filodendron na biurku.

 

Kolejny dzień minął Tosi na układaniu w głowie wydarzeń poprzedniego dnia. Wciąż czuła się lekko skołowana. Wizja wzmacniania pozytywnych wizji przyszłości była bardzo kusząca, ale Tosia nie była pewna czy da radę. Czy będzie dość spostrzegawcza, a zarazem odważna jak Dagna. Z zamyślenia wyrwała ją wiadomość od Toniego.

 

– Gramy?

– Tak, ale chodź do okna. Mam nowy pomysł.

 

Po chwili zobaczyła jak Tony wychyla się z okna.

 

– Chodnik przed kawiarnią. Gotowy?

– Jasne!

 

Po chwili Tony napisał.

– Podoba mi się. Robimy?

– Tak. Widzimy się na dole. Weź żółtą taśmę!

Tosia wzięła miarkę i zbiegła przed budynek. Zaznaczyła kwadrat. To miejsce na pierwszy stolik. Odmierzyła półtora metra i oznaczyła kolejną przestrzeń. Tony widział jej wizję, więc pomagał bez słowa. Po pół godziny umieścili wszystkie dziesięć kawiarnianych stolików na ulicy. Część z nich stała na chodniku, a część zajęła miejsca do parkowania na jezdni.

– Gotowe. – Tosia spojrzała na ulicę z satysfakcją. Nie była to wprawdzie działająca kawiarnia i bardziej wyglądało to jak plan filmowy, ale od czegoś trzeba było zacząć.

– A co my właściwie robimy? – zapytał Tony.

– Tworzymy przyszłość! – odpowiedziała Tosia z tajemniczym uśmiechem. Tony odwzajemnił uśmiech. Miała poczucie, że czyta jej w myślach.

 

Przynieśli krzesła z mieszkania Toniego i usiedli na wyznaczonych miejscach. Po chwili dołączył do nich sąsiad spod czwórki. Przyniósł lampkę wina, zapalił papierosa i wygładził dłonią fałdę na sukni.

 

Joanna Erbel – socjolożka, aktywistka, ekspertka od mieszkalnictwa. Kiedy świat stoi w miejscu, a rzeczy toczą się zbyt wolno, wymyśla historie o bliższej lub dalszej przyszłości, w której chciałaby zamieszkać.
Czytaj z tego cyklu: Marysia https://www.nn6t.pl/2020/04/21/marysia/