Oduczyć się tego, co już wiemy

O „zbuntowanych” terenach w mieście, relacjach ze światem nie ludzkim i działaniach na rzecz emancypacji przyrody z artystką anną siekierską* rozmawia Ola Litorowicz

Usługi międzygatunkowe, fot. Jakub Szafrański, dzięki uprzejmości artystki

Na swojej wystawie Chwasty i ludzie, która trwa teraz w Miejscu Projektów Zachęty, proponujesz inny sposób myślenia o mieście: poprzez docenienie jego nieużytków. Zdaje się, że pustka w mieście zwykle jest czymś niepokojącym. Trochę się jej boimy i jest dla nas niewygodna – przestrzeń „leżąca odłogiem” świadczy o naszym zaniechaniu, niezorganizowaniu, dziczeje, zarasta, a nawet jest dla człowieka niebezpieczna. Ty w tych pustkach widzisz ratunek.

Spędzam dużo czasu na terenach tzw. nieużytków. Są tak ciekawe właśnie przez to, że nie są zorganizowane, nie podlegają kontroli. Ale też są bardzo zróżnicowane, bo to często tereny poprzemysłowe czy poinwestycyjne, a czasami, jak na przykład Zakole Wawerskie w Warszawie, takie, których nie udało się mimo wielkich chęci podporządkować, które nie poddały się kontroli i presji człowieka. To takie „zbuntowane” tereny w mieście. I mimo że pojęcie jest pejoratywne, bo odbiera sens istnienia tym terenom, nieużytki są wspaniałe właśnie dlatego, że są nieużytkowane przez ludzi, a dzięki temu użytkowane przez wiele istot nie ludzkich. Nieobecność człowieka czyni z nich bezpieczny dom dla innych.

Anna Siekierska, Chwasty i ludzie, widok wystawy, fot. Anna Zagrodzka

Co do zbuntowanego Zakola Wawerskiego: ostatnio na przykład do naszej świadomości wracają bagna i mokradła. Tematowi poświęcona był Ogród Miejski Jazdów, Grupa Projektowana Centrala zrobiła Klaster mokradeł, organizowane są wycieczki na bagna, na których obowiązkowym ekwipunkiem są kalosze. Z drugiej strony prasa co jakiś czas donosi o nieostrożnych ludziach, którzy wpadają w bagna po szyję, albo o koniach wciągniętych w nie razem z kopytami. Mamy tę narrację niebezpiecznej natury, która – nieokiełznana przez człowieka – jest groźna i nieprzewidywalna. Co więc trzeba zrobić? Trzeba ją sobie podporządkować. Przełamywanie tego wpojonego nam często myślenia może być bardzo trudne. Jakie są twoje argumenty?

To jest bardzo trudne również dlatego, że często te przestrzenie są postrzegane po prostu jako brzydkie. A w polityce miejskiej estetyka gra przecież ogromną rolę, niechętnie pozostawia się przestrzeń na brzydotę, czymkolwiek ona jest i jakkolwiek może być subiektywną wartością. A ja uważam, że mamy już w mieście wystarczająco dużo parków, które są zadbane, wykoszone, w których rosną drzewa wybranych gatunków, a rośliny układane są w ornamenty. Właśnie w tym momencie powinniśmy pozwolić rozwijać się samodzielnym przestrzeniom i dostrzegać wartość tej samodzielności. Tymczasem ludziom się wydaje, bardzo antropocentrycznie zresztą, że bez naszej pomocy, opieki przestrzeń sobie nie poradzi. Że drzewa się połamią, będzie brzydko, szaro, wszędzie będą zalegać liście. A w tych miejscach właśnie to jest najważniejsze. Rosną tam drzewa samosiejki, które same się wysiały z krążących po świecie nasion i są dużo odporniejsze na warunki klimatyczne i atmosferyczne niż na przykład drzewa sadzone ze szkółek. Wyrastają tylko te, które rzeczywiście mają szansę przetrwać, mają dużo bardziej rozbudowany system korzeniowy i zatrzymują więcej wody, są o wiele odporniejsze na złamania, na wiatr. Moim zdaniem bardzo ważne jest zwrócenie uwagi i docenienie tego codziennego, samodzielnego wysiłku przyrody wkładanego w swoje życie. Jest to dobrze widoczne właśnie na terenach nieużytków. Tworzy się tam ekosystem, który nie potrzebuje naszego wsparcia, może jedynie jakiejś minimalnej ingerencji, jeśli mielibyśmy go w jakiś sposób użytkować. Funkcjonują tak na przykład rezerwaty przyrody. To nakładanie czy zacieranie granic jest w ogóle fascynujące. Wierzę w tę płynność, wierzę, że nie ma oddzielnej natury, oddzielnej kultury, należymy do przyrody, do naturo-kultury, w której wszystko jest połączone wieloma różnymi relacjami, pozytywnymi i negatywnymi. Z drugiej strony wydaje mi się, że w tym momencie jako ludzie powinniśmy sobie narzucać granice i strefy nieprzekraczalne, niedotykalne dla nas. Jak w rezerwatach – „to jest jedyna ścieżka, którą możesz się poruszać, która jest wyznaczona dla człowieka”. I to też może być okej, żeby odmówić sobie dostępu do pewnych przestrzeni.

Dzisiejsze czasy do tego skłaniają. A nieużytki już nie tylko na obrzeżach, ale w mieście, jako takie minipluginowe rezerwaty dzikości?

Właśnie od tego wychodziłam, myśląc o wystawie: żeby tworzyć takie dzikie parki bioróżnorodności, którymi mogłyby być nieużytki i które przy jak najmniejszej ingerencji ludzkiej mogłyby się rozwijać i stanowić przykład symbiotycznych relacji między różnymi mieszkańcami miasta. Bo jest bardzo dużo tych mieszkańców, dla których przestrzeń życiowa jest zmarginalizowana. Wydaje mi się, że teraz potrzebujemy budowania relacji ze światem nie ludzkim, komunikowania się z innymi istotami, by dowiedzieć się więcej o ich potrzebach i szanować je, również w projektowaniu miast.

Sanatorium dla wszystkich istot, performance na stadionie im. E. Szyca, fot. M. Zakrzewski, dzięki uprzejmości artystki

Takim rezerwuarem w miastach i na ich obrzeżach, i to często o znacznej powierzchni, jest nabudowana i niepełniąca już swojej funkcji, a nawet porzucona infrastruktura sportowa czy rozrywkowa. To takie postludzkie konstrukcje, w które często i tak wraca natura. Ty w Poznaniu, na opuszczonym stadionie piłkarskim im. Edmunda Szyca, zrobiłaś Sanatorium dla wszystkich istot.

To wspaniałe miejsce tętniące życiem. Jest tam zupełnie inna wilgotność powietrza, inna temperatura, inny dźwięk. Stadion od 25 lat jest nieużywany w roli, do której został zaprojektowany. Cała korona jest obrośnięta, rośnie tam około 2000 drzew samosiejek, a niektóre z nich są już bardzo duże. Murawa stała się z kolei różnorodną łąką. Wraz z ornitologiem oraz specjalistami od nietoperzy i owadów zrobiliśmy inwentaryzację i różne ekspertyzy tego terenu. Przeprowadziłam też badanie, w wyniku którego stworzyłam biosekwestrator, czyli narzędzie służące do obliczania śladu węglowego wynikającego z przekształcenia terenu przyrodniczego. Liczy uwalnianie ekwiwalentu dwutlenku węgla do atmosfery, zarówno z wycinki drzew, jak i naruszania samej gleby. Było dla mnie zaskakujące, jak wiele gazów cieplarnianych zgromadzonych jest w samej ziemi, i jak duża jest ich emisja podczas różnych robót ziemnych. Nie licząc emisji powodowanej dalszymi pracami prowadzonymi na terenie inwestycji. Warto przyjrzeć się temu stadionowi też w kontekście tego ciągłego budowania. To opuszczona ikona spektaklu, co już samo w sobie świadczy o pewnym przesycie rozrywką nas jako społeczeństwa. Dla mnie poznański stadion jest symbolem wypracowywania nowego porządku ekosystemowego. Zachowanie tego miejsca w obecnej kondycji byłoby przełomowym krokiem wobec naszych sąsiadów należących do innych gatunków.

Poszukiwania te widać w bardziej świadomych metropoliach, które podejmują wysiłki renaturalizacji swoich przestrzeni. Jednak zwykle ci, którzy robią miasto, wolą budować od zera.

Tak, raczej jest już przesądzone, że na terenie stadionu będzie filharmonia. Mimo że były przeprowadzone konsultacje społeczne i większość osób zwróciła się ku przestrzeni przyrodniczej, która była nazywana parkiem. Ten zaproponowany park był straszny – najpierw chciano wszystko zniszczyć, a potem posadzić drzewa w równych szpalerach, które przecinałyby się na planie krzyża celtyckiego. Wtedy bardzo ważne było dla mnie mówienie o tym, że powinniśmy doceniać to, co już jest. Dwadzieścia pięć lat czyjegoś życia, czyjejś pracy poświęconej temu, żeby tam przeżyć, a przy okazji tworzyć ekosystem sprzyjający istotom ludzkim zamieszkującym miejskie wyspy ciepła.

Przeciąg. Fot. dzięki uprzejmości artystki

Zajmowałaś się też terenami pod inwestycje mieszkaniowe. Deweloper wchodzi na jakiś teren, zupełnie zmienia zastaną przestrzeń, a potem myśli, jak stworzyć atrakcyjną przestrzeń publiczną, w tym zieloną. Miliony istnień tracą przy okazji swój dom. W projekcie Przeciąg zbierałaś ziarenka z miejsc pod te nowe inwestycje.

Z tego projektu wykiełkowała wystawa w Miejscu Projektów Zachęty. Zbierałam nasiona właśnie na miejskich nieużytkach, głównie na terenach korytarzy napowietrzających, które są zabudowywane przez inwestycje. To były nasiona roślin przyporządkowanych do grupy chwastów. Potraktowałam je jak cenne okazy, które trafiały do banku nasion. Hodowałam te rośliny w szafie ze specjalnym oświetleniem, potem przesadziłam do uprawy hydroponicznej i zasilałam wodą z kroplówek, w której były wszystkie niezbędne do życia mikroelementy, oraz światłem ledowym w kolorze odpowiednim do fazy wegetacji. Korytarze napowietrzające w miastach mające wymieniać powietrze są często zabudowywane. A kiedy przeczytałam argument, stawiający obok napowietrzających klinów zieleni szerokie autostrady jako przestrzenie wymiany powietrza, zbudowałam dla roślinek wentylator spalinowy, żeby roznosił w oparach ich nasiona. Był absurdalnym narzędziem, czarnym żartem na temat sposobu, w jaki żyjemy.

Jednym z twoich manifestów była dla mnie instalacja Kto tam? w Ogrodzie Miejskim Jazdów, która zbliżała człowieka do natury. Można było wejść na platformę i znaleźć się w koronie drzew. Jednocześnie konstrukcja zupełnie nie ingerowała w zastany krajobraz.

Żeby to zrobić, trzeba było porzucić pewne estetyczne rozwiązania na rzecz nienaruszania przyrody. Uznałyśmy wspólnie w zespole, że to jest najważniejsze, bo gdyby zaproszenie ludzi w tę przestrzeń wiązało się z jej destrukcją, byłoby zupełnie bez sensu. Ważne było to, że zapraszamy ludzi do czyjegoś domu i trzeba do niego wchodzić z szacunkiem. Natomiast smutna była czasowość tego projektu i zaczęłam zastanawiać się nad sensownością tego typu działań. Wybudowanie tej platformy to był przecież duży koszt. Wraz ze znajomymi z Podkarpacia przewieźliśmy tam całą rozmontowaną konstrukcję i zaczęliśmy ją stawiać na stałe w miejscu, gdzie jest projektowany Turnicki Park Narodowy, tak by mogła być użytkowana i służyć celom edukacyjnym.

eee
Kto tam? Fot. dzięki uprzejmości artystki

W ogóle podchodzisz do spraw, szczególnie miejskich, bardzo holistycznie. W swoich projektach podnosisz wątki cyrkulacji wody i powietrza czy zanieczyszczenia światłem albo tego, na co powinniśmy zwracać uwagę, żeby w miastach żyło się dobrze nie tylko nam, ale wszystkim. Twoje miasto to miasto zrównoważone i odporne, chroniące swoją przyrodę, w którym ważną rolę, na przykład edukacyjną, odgrywa zieleń nieurządzona.

Wszyscy i wszystkie składamy z tej samej materii i jesteśmy połączeni mnóstwem różnych nieoczywistych relacji. Bez czystego powietrza nie zachowamy zdrowia, bez wystarczającej ilości wody nikt nie przeżyje. Wszystkie te wątki są ze sobą połączone jak tkana pajęczyna, która łączy się w wielu punktach. Wydaje mi się, że teraz jest taki moment, żeby wychodzić poza postawę racjonalistyczną – może nie musimy wszystkiego dokładnie wiedzieć, a wręcz próbować się oduczać tego, co już wiemy. Bo skoro to, co wiemy, doprowadziło nas do katastrofy, to znaczy, że potrzebujemy innych narzędzi. Powinniśmy pozwolić sobie na więcej przestrzeni na niepewność i na próby. Staram się to łączyć intuicyjne wątki, empatię i wiedzę specjalistów, przyrodników czy klimatologów. Uważam też, że często rozwiązaniem byłoby zostawienie przestrzeni samej sobie, zaniechanie oświetlania ciemności, rezygnacja z typowo ludzkiej ingerencji.

Ty nie powstrzymujesz się od działania. Angażujesz się w różnego rodzaju ruchy aktywistyczne, pracujesz ze społecznościami lokalnymi.

Czasem myślę, że robię to nawet bardziej dla siebie samej, żeby być we wspólnocie, wśród osób, dla których podobne rzeczy są ważne. Nie wiem też sama, czy do końca wierzę w skuteczność tych działań. Często przytłacza mnie skala problemu, czuję bezsilność. Przywiązuję też dużą wagę do pracy ze społecznością na rzecz społeczności nie ludzkiej. Mam misję działania na rzecz emancypacji przyrody. A to musi się odbywać ze społecznością, bo sama tej przyrody nie wyemancypuję (śmiech). Na przykład w projekcie Ekomuzeum. Instytucja ze społecznością miałyśmy taki pomysł, żeby zorganizować radę programową Parku Rzeźby na Bródnie, w której reprezentowane byłyby interesy społeczności, instytucji sztuki, samorządu i przyrody. W imieniu przyrody wypowiadałyby się konkretne osoby, które empatycznie wczuwałyby się w jej potrzeby i problemy. Byłyby równoważnym głosem wobec tych reprezentujących inne podmioty. Takie działanie rzeczywiście mogłoby coś zmienić, szczególnie gdyby formuła rozszerzyła się na przykład na rady miasta. Jednak nie udało nam się zorganizować tej rady – ze względu na opór i instytucji, i samorządu. Mam nadzieję, że gdzieś się uda.

Ty sama byłaś „ustami” przyrody. Mówię o twoim słynnym już wejściu na scenę podczas wręczania Dianie Lelonek Paszportu Polityki w kategorii sztuki wizualne. Byłaś przebrana za lochę i mówiłaś w imieniu istot nie ludzkich. To było zresztą tylko jedno z wielu wystąpień w stroju lochy w różnych sytuacjach w ramach projektu Usługi międzygatunkowe. W innym spaliłaś drewnianą konstrukcję przypominającą ambonę myśliwską, co też było bardzo mocnym gestem. Chciałam zapytać o ten bardzo widoczny w twojej twórczości moment przejścia od badania i opisu rzeczywistości do wtrącania się.

Film o paleniu ambony jest dla mnie wyrazem bezsilności, o której mówiłam. Postanowiłam spalić ambonę myśliwską, a wraz z nią: roztaczanie władzy, dominację, patriarchat, kontrolę… Nie udało się. Ambona nie chciała spłonąć, zaczął padać deszcz. Powstała praca o trudnym zaangażowaniu na rzecz przyrody, w którym oprócz walki o prawa innych trzeba znajdować w sobie motywację do działania mimo małych szans na spektakularne rezultaty.

Chodziłam na blokady polowań i protestowałam przeciwko decyzji rządu o masowym odstrzale sanitarnym dzików. Z ruchem antyłowieckim i ochroną zwierząt jestem związana od bardzo dawna. Czułam, że te działania są bardzo ważne, ale z drugiej strony mimo coraz większego medialnego rozgłosu nie przynoszą rezultatów. Policja wspiera myśliwych, my składamy jakieś skargi i właściwie prawie nic się nie zmienia. Wystąpienie z lochą to była szansa. Poczułam, że jako artystka mogę mieć widzialność, którą mogę oddać innym istotom. Jeśli chodzi o podobne działania postartystyczne, bardzo ważnym gestem, a właściwie obowiązkiem, było też dla mnie wyłączenie z obwodów łowieckich ziemi na Podkarpaciu, której jestem formalną właścicielką. Cała Polska jest na takie podzielona, poluje się nawet w miastach.

Zachęcam wszystkich do tego, żeby wyłączyć swoją ziemię z polowań. Instrukcja, jak to zrobić, znajduje się pod tym linkiem.

Lebensgefahrm, kadr z filmu, fot. dzięki uprzejmości artystki

 

anna siekierska – rzeźbiarka, rowerzystka, członkini wspólnoty międzygatunkowej. Jest czynną artystką i aktywistką zaangażowaną̨ w działania na rzecz przyrody, animatorką warsztatów uwrażliwiających na życie innych istot. Autorka licznych instalacji w przestrzeni publicznej, projektów zaangażowanych społecznie, m.in.: Fikus, instalacja sąsiedzka w podwórku kamienicy w Warszawie, 2017; Kto tam?, platforma do obserwacji życia w koronach drzew, CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie, 2018; Sanatorium, działanie performatywne i aktywistyczne dążące do zachowania stadionu im. E. Szyca w Poznaniu jako przestrzeni dla dzikiej przyrody; Pomnik niszczenia przyrody, stworzony wspólnie z Inicjatywą Dzikie Karpaty, Teatr Powszechny i PKiN w Warszawie, 2019.

annasiekierska.tumblr.com

*pisownia na prośbę artystki