Cztery ściany i architekt

Z Reinierem de Graafem, holenderskim architektem, autorem znakomitego zbioru esejów Cztery ściany i dach. Złożona natura prostej profesji, rozmawia Bogna Świątkowska

W opisie pana książki czytamy: „Cztery ściany i dach to porywająca, oparta na tragikomicznych doświadczeniach autora relacja o współczesnych realiach zawodu architekta, utraconych i ideałach architektury, fałszywych pretensjach jej twórców i całkowitym uzależnieniu profesji od globalnej gry rynkowej”. O jakich rzeczach architekci nie chcą dzisiaj słuchać?

Myślę, że architekci nie lubią słyszeć, że w rzeczywistości są mało ważni. Na pewno nie chcą słuchać o tym, jak mało w gruncie rzeczy mają kontroli nad tym, czym koniec końców stają się ich budynki i jak one działają. Będąc architektem, projektujesz budynek, który zostaje ukończony, więc projektujesz kolejny, potem kolejny i kolejny. To, czego brakuje w tym projektowaniu, to myślenie o życiu tych budynków w dłuższej perspektywie czasowej. Nie za to nam płacą, nasza rola kończy się wraz z budową i dlatego wśród architektów panuje pewnego rodzaju ślepota na kwestię konsekwencji czy też dalszego życia ich tworów. Tymczasem sądzę, że owo dalsze życie jest potencjalnie bardzo ciekawym źródłem informacji przydatnych przy przyszłych projektach. Jako architektka masz mnóstwo problemów, mnóstwo rzeczy, które musisz kontrolować: klientów, koszty, wykonawców i podwykonawców, którzy robią, co chcą, itd. Architekci muszą mieć kontrolę nad tyloma rzeczami, że popadają w tendencję do wyznaczania sobie limitów aktywności. Stąd pewna hermetyczność architektury. Jest ona niezbędna do tego, żeby być w stanie produkować architekturę i nie oszaleć. Z drugiej strony, jeśli tej hermetyczności jest za dużo, może się ona stać dla architektury bardzo szkodliwa. Szerszy kontekst to ostatnia rzecz, o której chcesz słyszeć, starając się rozwiązać nagłe i szczegółowe problemy.

Wspominał pan o dyskomforcie, który jest tematem pana następnej książki.

Ta książka jest jeszcze nieukończona, więc wszystko, co mogę o niej powiedzieć, jest w sferze przewidywań. Ale mam poczucie, że będzie ona próbą skłonienia naszej profesji do porzucenia strefy komfortu poprzez przyjrzenie się temu, co naprawdę robimy. Jakie jest nasze faktyczne znaczenie w stosunku do tego, jakie myślimy, że jest. Staram się przedstawiać zjawiska w perspektywie. Jest tam dużo relatywności, ironii. To nie jest poważna książka, to w zasadzie satyra. Co nie oznacza bynajmniej, że dla mnie architektura jest nieważna. Mijają właśnie 3 lata od momentu, kiedy postawiłem ostatnie słowo w książce Cztery ściany i dach, zanim poszła do druku. To, jak świat zdążył się zmienić przez te 3 lata i w jakim tempie następują dalsze zmiany, sprawia, że myślę, że architekturze trzeba jednak do pewnego stopnia oddać sprawiedliwość. Obecnie jest to nieomal anachroniczna dyscyplina, która jednak zachowuje wiele cnót. W jej obrębie pielęgnuje się wolność, praktyczność, realizm w postrzeganiu świata, który jest coraz bardziej zagrożony przez różnego rodzaju kody moralne, którymi się ją otacza. Architektura ma teraz uszczęśliwiać, a szczęśliwość ma być mierzalna. Architektura musi dostosowywać się do wielu smutnych zasad, które według mnie niszczą spontaniczność, kreatywność. Powstaje coraz to więcej i więcej wyznaczników tego, czy coś jest dobre, czy złe. Architekt ma coraz mniej do powiedzenia w tej kwestii. Nie decyduje, nie ocenia wedle własnego oglądu. Kiedy projektujesz budynek, piszesz albo zajmujesz się jakimkolwiek rodzajem twórczości, stwarzasz coś nowego, dokonujesz jakiejś zmiany, to zawsze jest ten moment, w którym nie wiesz, czy właśnie oszalałaś, czy też wpadłaś na coś genialnego. Ten krótki moment wyjścia poza ramy, ta mentalna heterotopia towarzysząca kreatywnym procesom znika za sprawą tego, że wszystko musi być oparte na dowodach…

Zrównoważone…

…zdrowe, wytrzymałe, wydajne. Musi spełniać całą listę wymiernych kryteriów. Kiedy do tego dochodzą pewne imperatywy moralne, to zabija według mnie innowację, zabija architekturę i wiele innych form twórczości. Większość epokowych wynalazków zawierała w sobie jakiś zachwycający element politycznej niepoprawności. Galileusz oświadczył: „A jednak się kręci!” i zginął na stosie. Myślę, że podobny moment nadciąga dla architektury. Postaram się więc napisać teraz inną książkę, w której obśmiewam nie architektów, którzy uważają, że wiedzą, czym jest architektura, tylko wszystkich innych, którzy uważają, że to wiedzą. Z jednej strony będzie to ciąg dalszy, a z drugiej przeciwieństwo tej książki.

Obecnie świat jest w stanie paniki.

Paniki totalnej. Stosuje się dziwaczne terminologie, z którymi nie da się nie zgodzić. Wszystko to jest dosyć złowrogie. Takie pojęcia jak społeczność, partycypacja, przestrzeń publiczna to w pewnym sensie kolosalne   pomniki tego, co oczywiste. A niezgoda jest karana niemal ekstradycją. Mam wrażenie, że słoń w pokoju robi się coraz większy, coraz bardziej niemożliwe jest mówienie o prawdziwych problemach. Mamy do czynienia z czymś w rodzaju Orwellowskiej nowomowy: placemaking, evidence-based design, upcycling – można wypełnić tym cały słownik. Im bardziej dyskurs jest zdominowany przez tego rodzaju nowomowę, tym bardziej się dusi.

Język definiuje świat, który postrzegamy. Czy oprócz zjawisk, które przed chwilą pan wymienił, w tym momencie paniki, w obliczu katastrofy klimatycznej, dostrzega pan jednak jakieś pozytywne zmiany w sposobie prezentowania architektury i rozumienia tego, jak w ogóle działa świat, które byłyby głębsze?

To jest sytuacja królika, który siedzi na autostradzie i patrzy w reflektory pędzącego na niego pojazdu. Panika oznacza paraliż, a to jest ostatnia rzecz, której chcemy. Tymczasem w moim odczuciu to niestety dobrze opisuje obecną chwilę: ciągle o tym mówimy, a jednocześnie nie podejmujemy realnych działań, które może mogłyby to zmienić. Wydaje mi się, że ludzie wciąż myślą, że katastrofy klimatycznej da się uniknąć, robiąc to samo co do tej pory, tylko nieco bardziej odpowiedzialnie. To tak nie działa. Jednocześnie sytuacja nie jest jeszcze tak zła, by mogło dojść do jakiegoś naprawdę fundamentalnego przewartościowania rzeczy do głębi. W moim odczuciu wiele z tego, co obserwujemy, to leczenie symptomów, które do niczego nas nie zaprowadzi, a tylko zmarnuje nasz czas.

Transkrypcja i przekład: Julia Żabowska

 

Paradoksy, upór i przekłuty balon O Cztery ściany i dach De Graffa pytamy architekta piszącego o architekturze, Łukasza Wojciechowskiego.

Jaka nauka płynie z tej książki?

Najważniejsza nauka jest taka, że architekt jest częścią mechanizmu inwestycji – jest tylko jednym z aktorów w przedsięwzięciu inwestycyjnym, w którego ramach może znaleźć jakiś margines dla swojego działania. Już nie jesteśmy w stanie być demiurgami tak jak nasi modernistyczni idole. Architekci-gwiazdy są po prostu wydmuszkami istniejącymi dla zadowalania tłumów i zarabiania pieniędzy. Natomiast prawdziwa architektura toczy się na dużo niższym poziomie negocjacji z inwestorami, inżynierami i wieloma innymi osobami, które są w to zaangażowane.

Jaką część satysfakcji z lektury daje fakt, że te krytyczne eseje pisze architekt o znacznym dorobku, uznany jako jedna z gwiazd współczesnej architektury?

To bardzo ważne, że jest to praktykujący architekt o świetnym dorobku. Podoba mi się, że autor spuszcza trochę powietrza z balonu, który jako architekci pompujemy. Balon ten dmucha się na wydziałach architektury, ucząc nas wielu teoretycznych rzeczy. Uczy się nawet   nie tyle teorii, co historii architektury, a bardzo mało realnego podejścia. Nie postuluję zrobienia z wydziałów architektury szkoły zawodowej, bo to jest najczęstszy zarzut. Mam na myśli wprowadzenie socjologii, psychologii, których z reguły nie ma u nas na wydziałach architektury. Powinniśmy częściej rozmawiać o tych dziedzinach, więcej się o tym uczyć, żeby rozumieć użytkownika, który być może potrzebuje czegoś innego niż tylko forma budynku. Potrzebuje raczej przestrzeni, żeby się z kimś spotkać, potrzebuje być intuicyjnie prowadzony przez budynek itd. Wydaje mi się więc, że ta książka zmusza nas do pomyślenia o zawodzie architekta i o historii architektury w inny, nowy sposób.

Cztery ściany i dach. Tytuł sugerowałby wielkie uproszczenia. Tymczasem w książce raczej poczytać można o skomplikowanych powodach, dla których dzisiaj znaczenie pracy architekta nie może być proste.

Nie może i to jest właśnie ciekawe. Pytanie brzmi: co mamy zrobić z tymi wielkimi ideami, o których rozmawiamy, kiedy wrócimy do naszego AutoCada? Kiedy wrócimy do swojego inwestora, który chce wydać pieniądze na mały biurowczyk czy na jakąś bardzo efektywną – nie efektowną – mieszkaniówkę. Autor odpowiada nam, że to jest paradoks naszego zawodu. Z jednej strony możemy i powinniśmy przyjmować te nieco górnolotne myśli, a z drugiej musimy je sobie w jakiś sposób tłumaczyć na mały margines, który nam pozostaje. Moim zdaniem ta książka jest szczególnie istotna dla osób, które chcą zaczynać pracę architekta, architektki, czyli studentów i studentek architektury. Te osoby często mają wyobrażenie o tym, jak wygląda ta praca, rodem z komedii romantycznej (śmiech). Natomiast my tak naprawdę jesteśmy trochę robotnikami architektury i tylko od naszego uporu i ambicji zależy, czy uda nam się przekonać inwestora do zrealizowania naszych pięknych społecznych idei. To jest możliwe jedynie poprzez spotkania i negocjacje. Na pewno nie poprzez próby sprzedawania inwestorom wielkich manifestów.

Łukasz Wojciechowski

architekt we VROA architekci, adiunkt na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, działa w fundacji Jednostka Architektury, autor książek Bryk do architektury, Architektura racjonalnej Europy, We wstecznym lusterku. Architektura i samochody w XX wieku, pisze m.in. do „Architektury” i „Autoportretu”. Rysuje komiksy.

 

Reinier De Graaf daje autograf w czasie premiery książki w Warszawie, fot. dzięki uprzejmości Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki

Reinier de Graaf

architekt, urbanista, badacz i krytyk architektury, kurator wystaw, eseista. Partner w założonej przez Rema Koolhaasa pracowni architektonicznej Office for Metropolitan Architecture. De Graaf odpowiada za projekty biura realizowane w Europie, Rosji i na Bliskim Wschodzie. Był jednym ze współzałożycieli AMO – powstałego w 2002 roku think tanku wspierającego badawczą działalności OMA. Jego książkę Cztery ściany i dach. Złożona natura prostej profesji w przekładzie Grzegorza Piątka opublikował Instytut Architektury oraz Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki. oma.eu