Władza nad własnym ciałem

Z Janem Możdżyńskim, artystą wyróżnionym przez redakcję NN6T na Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2019, rozmawia Aleksandra Litorowicz

Jan Możdżyński: Pomnik samozaspokajających się cipek. Fot dzięki uprzejmości artysty

Co to za sympatyczne, smakowite, owocowe stworki bawiące się ze sobą na twoich dużych obrazach? Odbiegają od średniej kolorystycznej Polski.

Inspiracją do tworzenia tych kształtów są często istoty żyjące, ale bardzo egzotyczne, albo owoce – na przykład głowy tych postaci mogą przypominać rozkrojone kiwi albo wnętrze marakui. Bardzo podoba mi się kolorystyka owoców i ich faktury. W przypadku obrazu z Bielskiej Jesieni, który wyróżniliście, czyli Pomniku samozaspokajających się cipek, jest to przetworzone i zmultiplikowane wnętrze marakui.

Ta sympatyczność kryje jednak drugie dno.

Podejmuję różne tematy, ale najbardziej interesują mnie relacje intymne. I takie seksualności, które są pomijane albo wykluczane, czyli różnego rodzaju seksualności, które albo stoją w cieniu, albo są szykanowane czy represjonowane. Chciałbym, chociaż to nie jest moja misja, żeby to, co maluję, poszerzało wiedzę odbiorców na temat tych intymności. Że nie można ich wartościować ani nie należy się ich wstydzić. One po prostu są.

Jak to pokazujesz?

Interesuje mnie świat związany z BDSM, czyli różne czynności seksualne – i nie tylko – które często odnoszą się do działania jednego ciała na drugie. Na obrazach poruszam estetykę związaną z shibari, kimbaku, rodzaje ingerencji jednego ciała w drugie. Ale nie lubię dosłowności – dlatego malując o BDSM, nie maluję dosłownych przedstawień straponów. Powstało już milion takich rzeczy i nie kręci mnie malowanie faceta w lateksie, który wygląda jak facet w lateksie. Nie będę malował o przywódcach Solidarności, bo mnie nie jarają, albo o samochodach, bo też mnie to jakoś nie podnieca specjalnie. Maluję o tym, co mnie dotyczy. Nie chcę, żeby to było wyabstrahowane. I nie chcę głosić jakichś ogólnych prawd.

Jestem częścią tego środowiska, ale nie chcę być dokumentalistą. Chcę po prostu mówić o tym, co mnie interesuje, czym żyję. Nie chcę wyciągać dla świata tajemnic, które są skrywane, bo nic, co się łączy z cielesnością, nie powinno być powodem do wstydu. I może o tym chciałbym mówić przez te obrazy. W internecie są zdjęcia tych rzeczy, można to przeżyć samemu, a ja to przemielam przez siebie. Świat symboli i wyobraźnia są dla mnie istotne. Wydaje mi się, że jest spoko, jak te obrazy działają na jedną osobę tylko swoją estetyką, na drugą tylko znaczeniem, na kolejną tytułem.

Jan Możdżyński: Pussy destroyer. Fot dzięki uprzejmości artysty

W tytułach twoich prac widać wyraźne nawiązania do literatury.

Tak, kobiecej, BDSM-owej, tożsamościowej, feministycznej, psychologicznej. Ale też często są moją kreacją. Odnoszę się w nich jeszcze do innych moich pasji, czyli gier komputerowych i sportu. Są one takim sygnałem naprowadzającym – mam nadzieję, że kogoś zainteresują i poszuka w innych źródłach, na przykład internecie, skąd są, może nagle sięgnie po tę literaturę i zacznie w nią wnikać. Hierarchia moralna, która panuje w społeczeństwie, kształtowana między innymi przez różne instytucje, bardzo nisko stawia rzeczy, o których mówię. Chciałbym je pokazywać, tak by ludzie od nitki do kłębka trafiali na jakieś dosadniejsze źródła wiedzy i zaczynali się tym interesować. Albo żeby im to dodawało otuchy, że nie są sami, że nie tylko oni się tym jarają. Społeczność BDSM-owa jest duża, tak samo jak społeczność osób nieheteronormatywnych. Wychodzą już z cienia i mówią głośno o tym, kim są i czego chcą. Wiem, że te rzeczy są piętnowane społecznie, a kiedyś były penalizowane. Dla mnie ważne jest, żeby podejście się zmieniło.

O wydzieraniu się szponom patriarchatu i kulturze BDSM był też twój całkiem niedawny dyplom na Akademii Sztuk Pięknych.

Zupełnie przypadkowo zrobiłem go w mieszkaniu po moim dziadku na Powiślu, z którego z dnia na dzień wyprowadził się lokator. Mieszkanie przemieniłem w galerię Czynny Żal, zrobiłem różowy neon. Przychodzili różni panowie z podwórka i pytali, czy to jest może dom schadzek, boby chcieli skorzystać. Było sporo nawiązań podziemnych, do klubów związanych z seksualnością, była kotara, na której naszyłem złote dłonie.

Dziadek by zrozumiał?

Dziadek byłby wkurwiony. I chybaby nie zrozumiał. Ale odkryłem, że lampa, która była w sypialni dziadków, wygląda dokładnie jak symbol BDSM-u. To jest triskelion, czyli słowiański symbol słońca, czyli wariant swastyki. Na końcówkach miała żarówki.

Na wystawie Pomnikomania pokazałeś dwie prace z propozycjami nowych pomników. Co celebrowały? Do czyich doświadczeń się odnosiły?

Sam doświadczam braku pomników, które celebrowałyby różnorodność i wesołość, a nie smutek i koszmar martyrologii. I takich, które niczego nam nie narzucają. Od urodzenia ktoś nas performuje, coś nam narzuca – począwszy od płci przez imię po moralny katalog zachowań. Tak samo jest z pomnikami i tym, o czym mają mówić i jak wyglądać. Jedna z moich prac mówiła o pamięci i jak tą pamięcią można łatwo dysponować, manipulować, jak staje się bronią w walkach politycznych. Druga opowiadała o kobiecej seksualności, o samozaspokajaniu. Poruszała też temat, do którego często wracam, czyli tego, co jest kobiece, a co jest męskie, i że te stereotypy i katalogi są zupełnie niedopasowane do rzeczywistości.

Jan Możdżyński: Mistyka odmienności. Fot dzięki uprzejmości artysty

W przestrzeni publicznej łatwiej zobaczyć piękne, uprzedmiotowione ciało reklamujące jakiś produkt, niż reprezentację radosnej seksualności, a co dopiero jej różnorodności. Ona właściwie nie istnieje.

Tak, chociaż jest w Rzeszowie pomnik, który jest popularnie nazywany „pomnikiem cipki”, a wyróżniona przez was na Bielskiej Jesieni praca to przecież Pomnik samozaspokajających się cipek. Fajnie, gdyby powstał. Może nie w Polsce, ale na świecie są takie przedstawienia. W Stanach, w Amsterdamie. W Paryżu jest krypta grobu Oskara Wilda, miejsce pielgrzymek społeczności queerowej. To sfinks z wyeksponowanymi genitaliami. Tak wiele osób ich dotykało, że aż wyszlifowały ten nieregularny kamień, który w końcu zasłonięto.

Co by się musiało stać, żeby takie narracje pojawiły się w polskiej przestrzeni publicznej? Na cokołach i innych formach upamiętnienia kobiet jest jak na opłatek, a co dopiero jeśli chodzi o kwestie związane z ich czy każdą inną seksualnością? Takie realizacje pojawiają się raczej efemerycznie, oddolnie.

Do niedawno prezydentem Słupska był Robert Biedroń, który jest homoseksualistą. Pokazał, że ludzie nie powinni się bać osoby o innej orientacji seksualnej, bo to nie ma żadnego wpływu na to, czy jest się fajną, czy niefajną osobą, czy dobrze się zarządza czymś, czy źle, czy ma się wiedzę, czy nie. Właśnie tego dotyczy Mistyka odmienności, mój drugi obraz na Bielskiej Jesieni – by nie bać się dopuszczać do władzy osób nieheteronormatywnych. Tytuł to parafraza książki Betty Friedan, feministki drugiej fali. Odnosiła się do sytuacji kobiet – zepchniętych na margines, zamkniętych w domu bez szans na rozwój. Proponowała wzięcie spraw w swoje ręce.

Tak, namalowałeś też Pomnik pożegnania patriarchatu. Naliczyłam tych pomników osiem. Ale mamy obecną polską rzeczywistość i wszystkim tym słusznym wątkom, które poruszasz, bardzo trudno będzie wybrzmieć. Zobacz na Tęczę Julity Wójcik, która w intencji miała nie być polityczna, a stała się zapalnikiem społecznych emocji i eskalowała przemoc.

Wszystko się zaczyna od tego, że dokonujemy wyborów. I wybieramy jakąś władzę, która może na przykład edukować seksualnie. Krótko mówiąc, wszystko się bierze z niewiedzy. A obecna władza ogranicza dostęp do tej wiedzy, demonizuje ją i nawołuje do nienawiści w sposób jawny i nieskrępowany. Póki to się nie zmieni, nie sądzę, by podobne pomniki mogły powstać w polskiej przestrzeni publicznej. Chociaż z drugiej strony te formy, które ja proponuję, są na tyle niejednoznaczne, że może chwilę by przetrwały. Chciałbym, żeby szczególnie w przestrzeni publicznej, wspólnej, nie wszystko musiało być nazwane i zaopatrzone w jakiś wzór, w który musisz się wpasować, żeby wiedzieć, kim jesteś.

Ty tak masz, ale mam wrażenie, że większość osób bardzo potrzebuje tego społecznego uniformu, by wiedzieć, kim jest. A skąd u ciebie zainteresowanie kwestią kobiet? Studiujesz gender studies i jesteś tam jedynym chłopakiem.

Tradycyjnie, jeśli patrzeć na mój wygląd, to jestem chłopakiem. Ale sam się tak nie postrzegam. Nie chcę być ograniczany przez etykiety związane z wyglądem. Jak mam ochotę, maluję sobie oczy czy paznokcie, ale pewnie wielu osobom się to nie podoba i mógłbym za to dostać w ryj. A zaczęło się chyba od praktyk BDSM-owych, dostrzegłem dużo analogii między emancypowaniem się ludzi z tej społeczności a emancypowaniem się kobiet. Później trafiłem na feministkę Gayle Rubin i jej tekst Thinking Sex, która pozakładała różne BDSM-owe lesbijskie kluby feministyczne, część z nich istnieje do dziś. Ona też widziała te analogie. Poza tym zawsze starałem się pomagać słabszym, jako że mam uprzywilejowaną pozycję, bo ludzie mnie postrzegają jako faceta. Chcę zabierać głos wszędzie, gdzie coś jest dla mnie ważne, gdzie dzieje się jakaś niesprawiedliwość. To między innymi sprawy mniejszości seksualnych i etnicznych, a także sprawy kobiet. Wspieram też wszystko, co jest nieheteronormatywne, queerowe.

Robiłeś to też wczoraj, 11 listopada, na antyfaszystowskim marszu „Za wolność naszą i waszą”.

Grupa, do której należę, niosła zrobione przez grafików flagi z symbolem antyfaszyzmu – trzema strzałami skierowanymi w dół – i wykonywaliśmy nimi gesty. To była tzw. ósemka, ale tak naprawdę nieskończoność, i inne fajne choreografie wymyślone przez Bożnę Wydrowską. Szliśmy w dużej grupie, więc czuliśmy się w miarę bezpiecznie. Jeśli ktoś by mnie zaatakował, to ja wiem, jak się bronić, ale wiele osób nie wie, mimo że prócz ataków psychicznych są często obiektami ataków fizycznych. Między innymi dlatego prowadzę bezpłatne zajęcia z boksu, na które przychodzi wiele osób nieheteronormatywnych, w celu nauki samoobrony, poczucia się pewniej na ulicach.

Boks był długo postrzegany jako stereotypowo męska dyscyplina.

Jeśli taktujemy to jak organizacje sportowe, to tam rzeczywiście jest podział na płcie biologiczne, ale myślę, że to się niedługo zmieni. To jest sport, a sport jest dla każdego. W mojej sekcji większość to kobiety, mamy też osoby przechodzące tranzycję płciową. Każdy jest mile widziany, treningi są codziennie pod gołym niebem. Zależało mi, żeby to było inkluzywne, więc codziennie za darmo jestem tam dla innych i dla siebie.

Jan Możdżyński: Turystyka pamięci. Fot dzięki uprzejmości artysty

W Lublinie wygrałeś właśnie eliminacje do finału Tekken Art Tournament. To konkurs gry na konsolę dla amatorów związanych w jakiś sposób ze światem sztuki, który ma bardzo jasne reguły. Nagrodę, czyli wystawę w BWA w Tarnowie wygrywa ten, kto zwycięży w grze, a nie ten, czyje prace najbardziej się podobają w jakimś subiektywnym kluczu.

W tej grze kluczowa jest dobra egzekucja, czyli wbijanie pewnych kombinacji ciosów. To nie jest tak, że się uderza na oślep w przyciski na dżojstiku. Każdy cios to kilka klatek animacji, więc ważne, by wiedzieć, który trwa krócej niż cios przeciwnika, żeby zyskiwać trochę na czasie – bo czas jest najważniejszy w tekkenie. Blokujesz cios i wbijasz chwilę po jego zablokowaniu swoją kombinację. Trochę jak w boksie. To jest właściwie rywalizacja sportowa, mówi się, że to jest e-sport, ale to jest po prostu sport, który trafi na igrzyska olimpijskie. I tutaj starzenie się ciała nie ma tak dużego wpływu na to, jak grasz. Fajny w tej grze jest też aspekt queerowy, bo każdej z postaci można zmieniać strój, przebierać ją, indywidualizować jej wygląd, od zarostu, przez karnację, malowanie twarzy, fryzurę, kolor włosów, po ubrania. Można użyć makijażu na mężczyźnie, można mu zrobić włosy. Jedna postać została stworzona jako niebinarna, jako gender fluid (płeć płynna – przyp. red). Nie poznajemy po jej fizjonomii, kim jest, a ma na imię Leo, więc jej imię również nie wskazuje na płeć. To bardzo progresywny i fajny trend, do zaobserwowania zresztą też w mainstreamowych produkcjach, np. na Netflixie.

Jaką postać ty wybierasz?

Wcześniej wybierałem meksykańskiego zapaśnika. Bardzo mnie kręciło to, że nosi maskę, więc nie wiadomo, jak pod nią wygląda. Mimo że ma ciało umięśnionego zapaśnika, to wcale nie znaczy, że jest mężczyzną. A maska przywodziła mi na myśl lateksową maskę, fetysz, i ukrywanie swojej tożsamości, popularne w BDSM-ie. Razem z Piotrem Polichtem zgłębiliśmy więc temat zapasów i okazało się, że to maczoistyczne środowisko również zostało squeerowane już w latach 60., przez Brytyjczyka, który jako zapaśnik przybrał ksywę Adrian Street. Chodził w glamrockowym makijażu, nosił buty na koturnach i potrafił pocałować swojego przeciwnika, a później dać mu kopa w ryj. Meksykańskie zapasy to z kolei lucha libre. Luchardzi sami robią swoje maski, bardzo atrakcyjne wizualnie. Jest wśród tych zapaśników całkiem spora grupa queerowych postaci, które zanim wejdą na ring, wykonują cały show. A teraz gram facetem, który wygląda jak szpieg radziecki. Ale po prostu dobrze się nim gra.

Podsumujmy. To co byś stawiał na tych nowych polskich pomnikach?

Celebrację różnorodności. Zakończenie jakichś złych praktyk. Radość z seksualności, niekoniecznie takiej, w której uczestniczy mężczyzna, bo wcale nie musi. Faceci już i tak zniewalają kobiety od samego urodzenia. Może dajmy każdemu władzę nad własnym ciałem, że tak powiem, we własne ręce. Nikt tak dobrze nie zna twojego ciała jak ty sama.

Jan Możdżyński: Skórzane zagrożenie. Fot dzięki uprzejmości artysty

Jan Możdżyński – w 2018 r. ukończył Wydział Malarstwa warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W swoich pracach porusza tematy związane z tożsamością płciową, płcią kulturową oraz stygmatyzacją związaną z preferencjami seksualnymi. Stara się uchwycić sytuacje związane z odgrywaniem ról, rozsadzać to co tradycyjnie rozumiane jest jako męskie i kobiece. Uprawia boks i prowadzi zajęcia bokserskie dla znajomych. Mieszka i pracuje w Warszawie.