Wożąc czyjąś kolację | przyszłość

Peaceful Parkway Deliveroo. Fot. Sam Saunders (CC-BY-SA-2.0)

Angielski zwrot gig economy – w wolnym tłumaczeniu na polski „ekonomia fuch”, tudzież „gospodarka na zlecenie” – oznacza coraz bardziej popularną relację (a może właśnie jej brak) na linii pracownik–pracodawca. Mówiąc najkrócej, w ramach gig economy samozatrudniona osoba otrzymuje wynagrodzenie za zrealizowane zadanie, często zlecane jej za pośrednictwem aplikacji (np. Uber, Airnnb czy TaskRabbit), a nie za stałą pracę w wyznaczonych przez pracodawcę godzinach. Będąc kierowcą, kurierem, dostawcą jedzenia czy złotą rączką, podejmujesz się wykonania często kilkunastu niskopłatnych zleceń dziennie, jednocześnie ponosząc wszelkie dodatkowe koszty wynikające nie tylko z codziennych, drobnych obsuw czy nieprzewidzianych problemów (awaria, korki), ale również np. z kontuzji nabytych podczas pracy. Musisz też mierzyć się z niezadowolonymi klientami, którzy jednocześnie chcą korzystać z najtańszych usług i otrzymywać najwyższa jakość. Można się wkurzyć… a potem przekuć to w coś konstruktywnego. I o tym właśnie traktuje książka Riding for Deliveroo. Resistance in the New Economy Calluma Canta, doktoranta University of West London i byłego pracownika tytułowej firmy oferującej dostawy jedzenia. Cant opisuje wyzysk, który kryje się pod przykrywką „elastycznego czasu pracy” i „wolności”, oraz solidarność w walce o prawa pracownicze w modelu, który z założenia ma odseparowywać od siebie ludzi. O tym, że możliwe jest przekształcenie gig economy w workers economy, świadczą m.in. przykłady Norwegii i Japonii, gdzie na rzecz poprawy warunków pracy prężnie działają związki pracownicze kurierów Foodory i Uber Eats. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że globalny charakter korporacji takich jak Uber, wpłynie również na globalny charakter tej walki i już niebawem dostrzeżemy jej skutki w Polsce.

Wydawca: Polity Press