Szamanizm to nie jest magia

Z Mateuszem Kowalczykiem, Szamanem Polskim, rozmawia Aleksandra Litorowicz

Szaman Polski, Park Rzeźby, 2018. Fot. Tomasz Kaczor, dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Szaman odczyniający złą energię ma chyba we współczesnej Polsce pełne ręce roboty?

Szamanizm pojawił się w moim życiu kilka lat temu jako droga życiowa. Powiedzmy, że mnie poprowadził, wyciągnął z różnych sytuacji. Natomiast projekt Szaman Polski zrodził się między innymi ze względu na sytuację polityczną w Polsce. Złożyło się na to wiele wątków, między innymi moje doświadczenia z protestów, uczestnictwo w Konsorcjum Praktyk Postartystycznych czy rozpoczęcie studiów na ASP, gdzie zobaczyłem, że to może nie jest takie przypałowe zrobić pracę o duchowości (śmiech). Szamanizm wyszedł więc od mojej praktyki prywatnej i dopiero potem przełożyłem go na język sztuki współczesnej. Chciałem skumulować swoje doświadczenie i inspiracje związane z szamanizmem wschodniosyberyjskim, bo to właśnie stamtąd wywodzi się to określenie. Była to też dla mnie jakiegoś rodzaju misja – mówienia o nim, tłumaczenia, że nie dotyczy tylko mężczyzn, że szamanizm to tak naprawdę historia braku równowagi, uciemiężenia, silniejszych i słabszych. W 1924 roku sowiecka władza zorganizowała plenum komitetu obwodowego partii w Jakucku i uchwaliła na nim ustawę specjalną pt.: O sposobach walki z szamanizmem. W ramach próby pozbycia się kilkusetletniej tradycji sowieci zabudowywali ośrodki letniskowe i zasiedlali tereny wokół jeziora Bajkał, odcinając Buriatom dostęp do ich świętych miejsc.

Szamanizm wiąże się z historią globalną. A w Polsce, ponieważ tu mieszkam od urodzenia, dotyka mnie najbardziej. I w polskim kontekście, w tym momencie czułem, że szaman jest jakoś potrzebny. Z całym ciężarem tego, co niesie rytuał w miejscu publicznym, nawet jeżeli jest osadzony w kontekście performansu. Po jednym z takich działań, które robiłem, czyli oczyszczaniu ronda Dmowskiego w przejściu przez tzw. Patelnię, silnie odczuwałem skutki. Bo to jest jednak przyjmowanie różnych nie zawsze dobrych rzeczy, emocji na siebie.

Kim jest szaman? Jak myślimy szaman, to myślimy facet, który odczynia jakieś dziwne tańce i czary. I myślimy o jakiejś duchowej ekstazie.

Często przedstawiano go jako postać androgeniczną, która może mówić głosem kobiecym, męskim albo różnymi głosami. Określenie szaman dotyczyło też szaleńca, znachora, szarlatana. Te rozumienia są wynikiem wpływu i interpretacji badaczy, którzy zaczęli badać te praktyki już w XVIII wieku w rozumieniu oświeceniowym. W pierwotnych, archaicznych grupach z czasem powstał podział na czarnych i białych szamanów. Ci pierwsi wchodzą w trans poprzez uderzanie w bęben i długie pieśni oraz mają swoje duchy pomocnicze. Ci drudzy z kolei zajmowali się wyłącznie święceniem trzody, poza tym odpowiadali za składanie ofiar. Zawsze ważny był ruch, dziś zresztą też jest elementem spajającym i pozwalającym nastroić ciało.

Dla mnie szaman to postać balansująca między jednym i drugim światem. I poszukująca harmonii – czy to między światem, który znamy, a światem zmarłych, czy między historią a teraźniejszością. Ale i cały system wierzeń. Chodzi o pewien zespół zdolności obserwacji rzeczywistości i reagowania na nią. To nie jest proste. Ja używam w swojej praktyce przede wszystkim odniesień i interakcji z otoczeniem oraz osobami, w tym głosu, kolorystyki, ruchu, czasami kamieni – wspólnie wykonujemy pewne czynności, które mają wypełnić daną przestrzeń wspólną energią. Jestem pewnego rodzaju przekaźnikiem, przez który energia przenosi się dalej. Dzięki temu oczyszczana jest dana przestrzeń, osoba, miejsce, sytuacja. I najważniejsze jest to, z jaką intencją przychodzę i rozpoczynam. Mógłbym odnieść to do intencji, jakie mają osoby wychodzące na protest, po obydwu stronach.

Ważnym kontekstem jest paradokument Bartka Konopki Sztuka znikania. Mówi o Amonie Frémonie, legendarnej i niejednoznacznej postaci, kapłanie wudu, Haitańczyku o polskich korzeniach. W latach 80. Jerzy Grotowski poleciał do niego i sprowadził do Polski, żeby uczył aktorki i aktorów Teatru Źródeł wchodzenia w trans. Ten film świetnie wpisuje się w obecną sytuację Polski, jest ponadczasowy. Ostatnio dwóch chłopaków założyło Muzeum Antona Frémona na warszawskim Mokotowie. Polecam, świetne miejsce.

Ulotka informująca o usługach w ramach Groszowych Spraw, podczas projektu Living Room w Salonie Akademii, 2018. Fot. Mateusz Kowalczyk

Jak to wygląda w twojej praktyce prywatnej, zamykasz się w pokoju i wchodzisz w trans?

Mam swój bęben, zestaw innych instrumentów, nauczyłem się też techniki śpiewu gardłowego, który mnie w odpowiednich momentach nastraja, ale też metod oddechowych, które są praktykowane na przykład podczas jogi. Szamanizm to nie jest magia, to jest systematyczność i ułożenie sobie pewnych spraw. Do podtrzymywania praktyki potrzebne jest miejsce odosobnione, ja mam swój Las Bródnowski. Ale nie jest ona codzienna – mimo że wyostrza zmysły, zbyt częsta praktyka, czyli brak równowagi, odkleja od funkcjonowania na co dzień. Czasem wystarczy przejść tę samą drogę do sklepu czy na zajęcia, w mniej zadaniowy sposób, orientując się, gdzie właściwie się znajdujesz.

Skąd pomysł, żeby ten szamanizm performować, wkładać w pewien cudzysłów działania z pola sztuki?

Jako początkujący artysta chciałem umiejscowić motyw szamana w kontekście sztuki współczesnej. Znalazłem powiązania między szamanizmem a doświadczeniem przeżycia ekstatycznego, które jest bardzo archaiczne, ale też obecne na przykład w teatrze czy na trybunach piłkarskich. Polska biel i czerwień w wielu grupach etnicznych czy szamanistycznych są barwami inicjacyjnymi. Z kolei we wschodniej Syberii orzeł to mityczne stworzenie – to on stworzył szamanów, czyli tych, którzy wiedzą więcej. Wykorzystałem te wszystkie motywy na swoim stroju, odnosząc się jednocześnie ironicznie np. do wzrostu produkcji odzieży i gadżetów patriotycznych w ostatnich latach. Nazwy Szaman Polski używam trochę ironicznie, ale uważam, że jest wśród nas dużo więcej szamanek i szamanów, niż mogłoby się nam wydawać. I niekoniecznie muszą to być performerzy i performerki.

Czy czujesz wtedy moment ekstazy, transgresji?

Na potrzeby działania publicznego nie pozwalam na pełne wejście w trans. Nie z tego powodu, że byłoby to niebezpieczne dla ludzi, raczej dla mojej psychiki. Wiele osób pyta mnie, czy się nie boję, że szamanizm to jest coś niebezpiecznego. Nie są to praktyki buddyjskie polegające w dużym uproszczeniu na medytacji. Jednak przekładając szamanizm na formę performatywną, używam swoich metod, w które wierzę, że działają poprzez odpowiednio skonstruowaną intencję. Przynajmniej robię to za każdym razem tak, jakbym odprawiał rytuał – dla kogoś i z jakąś intencją.

To, co robię, jest zależne od działania: było już na przykład oczyszczanie warszawskiego ronda Dmowskiego po marszu 11 listopada, mecz piłkarski o powodzenie mieszkańców Bródna, otwarcia i zamknięcia galerii sztuki. Ostatnio we Wrocławiu w Galerii JEST poprosiłem duchy i instytucje czterech stron świata o wsparcie dla artystek i artystów wrocławskich. Po drugiej nagrodzie w konkursie Artystyczna Podróż Hestii myślałem, że może to jest czas, żeby skończyć ten temat i pójść dalej, ale zaraz odezwały się osoby, które zaprosiły mnie do przeprowadzenia performansu/rytuału w Częstochowie, w Warszawie, z kolei teraz jako Szaman Polski pierwszy raz wystąpię w VRze w Teatrze Powszechnym u Krzysztofa Garbaczewskiego. Od początku była to dla mnie pewnego rodzaju misja, więc nie odmawiam, chociaż teraz wolałbym skupić się na zamówieniach prywatnych czy publicznych, zupełnie serio, już bez kontekstu performatywnego.

Szaman Polski, marsz antyfaszystowski, 2018. Fot. Kuba Szreder

Jak harmonizowanie czy usunięcie złej energii po marszu 11 listopada?

Zrobiłem wtedy, co mogłem, ale całości tej energii nie da się do końca przetworzyć. Chętnie bym wszedł w jakąś kolaborację z innymi osobami, ale szamani często podchodzą do tego konserwatywnie, poza performansem. A ja uważam, że wprowadzanie ironii do tego, co i tak jest w pewnym sensie ironiczne, nie powoduje, że to traci na mocy. Szamanizm opiera się na teatralności, na performatywności. Dopiero na zdjęciach zobaczyłem, że oczyszczałem między innymi takie przejścia, które były oklejone reklamami Adidasa z hasłem re-create. Ten kontekst sam się pojawił i mówi bardzo wiele na temat czasów, w których żyjemy, tej energii, która gdzieś jednak cały czas krąży.

Co byś zrobił, gdyby na twoje ogłoszenie o usługach szamana odpowiedział ktoś o zupełnie innym światopoglądzie? Czy jeśli nie zgadzasz się z nim czy z miejscem, które reprezentuje, rytuał byłby możliwy i zadziałał?

Nie sądzę, żeby taka osoba mnie zaprosiła. Jak wykonuję takie działanie, to nie działam poza tą osobą, ja działam z nią, a więc można powiedzieć, że trochę „poprzez nią”. Oczywiście można oczyścić dane miejsce. Ale jak już się to zrobi, to trzeba zacząć od poznania i rozmowy z tą osobą, wspólnie znaleźć źródło problemu. Wtedy może to przypomina wizytę u lekarza, psychologa, ale działa. Pomaga mi to nawiązać kontakt nie tylko z tą osobą, ale i miejscem i sytuacją. Niektóre rzeczy czuję wcześniej i o nie pytam – niektóre się sprawdzają, niektóre nie, a niektóre, jak się potem okazuje, są stałą częścią, przynajmniej od jakiegoś czasu, danej zgłoszonej osoby, sytuacji.

Wspominałeś, że Las Bródnowski jest miejscem twojego odosobnienia, praktyki prywatnej. Jesteś związany z Bródnem w dwójnasób – z jednej strony jako mieszkaniec, z drugiej aktywnie działasz w ramach kolejnych odsłon Parku Rzeźby: oprowadzasz po nim, tutaj prezentowałeś swój dyplom, zaprezentowałeś strój Szamana Polskiego i zagrałeś mecz piłkarski o powodzenie mieszkańców Bródna. Czy dodałeś coś do wspólnotowego wątku tego miejsca?

Właściwie do 2015 roku nie uznawałem Bródna za dzielnicę, którą chciałbym lepiej poznać, czułem niezadowolenie, że nie wychowuję się, jak moi znajomi, w samym centrum miasta. Nie chodziłem w ogóle do parku, to było kiedyś miejsce, którego się bano. Działaniami w parku zainteresowałem się na serio dopiero po spotkaniu Honoraty Martin, która robiła tu performans Zadomowienie. Odwiedzałem ją przez kilka dni i tak to się zaczęło. Od czterech lat uczestniczę w każdej edycji Parku Rzeźby, robię też oprowadzania. Poznałem Andrzeja Przybysza, lokalnego poetę, dobrego ducha Parku, jak mówią Paweł Althamer i przyjaciele Andrzeja, który na Bródnie mieszkał przez 40 lat, a jednej w nocy został wywieziony do Domu Pomocy Społecznej w Ciechanowie. Sądownie walczyliśmy o to, by go stamtąd wyciągnąć. Zrobiliśmy wieczór poezji Przybysza, zaprojektowałem i wspólnie z mieszkańcami własnym nakładem wydaliśmy jego pierwszy tom poezji, a Honorata Martin w 2015 roku podczas swojego performansu namalowała w różnych częściach parku fragmenty jego wierszy. W ramach edycji Mieszczanie z Bródna postawiliśmy też jego pomnik, pomnik poety, jedyny imienny w Parku Rzeźby. Tak więc park mieści w sobie tyle wątków, ile zdecydujemy się odkryć. W tym roku w ramach jednej z grup, Bródne Bylice, pracowaliśmy nad eliksirami z parkowych mirabelek razem z Dianą, były też warsztaty tworzenia kadzideł z bylicy, czyli słowiańskiej odmiany szałwii,zorganizowane przez grupę Anny Siekierskiej. Dla mnie ta edycja, czyli Ekomuzeum, mogłaby być pierwszą – była oparta na kolektywnej współpracy, nie tylko z mieszkańcami, ale też fauną i florą. I nie była stricte instytucjonalna, ale bardziej ludzka, ciepła. Nie lepsza, nie gorsza od poprzednich, ale dająca możliwość poznania się, dotarcia do różnych historii, zawiązania wspólnych relacji, przy użyciu innych narzędzi.

Skorupiak w ramach cyklu prac o formach ewolucji po katastrofie klimatycznej, 2019. Fot. Mateusz Kowalczyk

Na niedawnym festiwalu Digital Cultures można było oglądać twój projekt Wyspa śmie(r)ci. Co performer robi w VR?

Wyspa śmie(r)ci to projekt, do którego zainspirował mnie obraz Arnolda Böcklina Wyspa umarłych, który pamiętam z zamierzchłych czasów liceum. Telefonem wykonałem kilkadziesiąt zdjęć otaczających mnie obiektów, najczęściej plastikowych, i zrobiłem z nich podwodną wyspę śmierci, z moim symbolicznym grobem. Kiedy się do niego zbliżysz, słyszysz narrację nagraną od tyłu. To był trochę ukłon w stronę Miasteczka Twin Peaks – uczyłem się mówić od tyłu. Poukrywałem też na wyspie różnego rodzaju dźwięki, zrobiłem muzykę, czyli trochę ożywiłem leżące tam przedmioty. Dzięki VR można było chodzić po przestrzeni wielkości dużego pokoju, wejść na tę wyspę, wejść w nią, włożyć w nią głowę. Ta praca była więc o zanieczyszczeniu środowiska, antropocenie, który przez ostatni rok dosyć mocno rozpracowywano w sztuce, ale też o nadprodukcji śmieci digitalnych, cyfrowych. Nadmiarze treści ogólnie.

VR to dobre immersyjne medium do wpadnięcia w inne światy, coś jak z szamanizmem. Dostrzegam punkty styczne z tym ekstatycznym doświadczeniem.

Tak, dla mnie VR jest przestrzenią eksperymentu, taką pomiędzy światem realnym i wyobrażonym, ale jednak wirtualnym. Sam tworzę tzw. środowisko i to jest bardzo wciągające i otwierające. Jednocześnie przez to, że łatwo jest w nim zrobić coś estetycznie-onirycznego, jest tu duże niebezpieczeństwo efekciarstwa. Interesuje mnie w tym momencie praca nad projektem o obecności artysty, co daje możliwość zbliżenia się do odbiorcy dzięki użyciu multiplayera. Widz może wejść z performerem do doświadczenia i razem przeprowadzić jakieś działanie. I to jest dla mnie realny cel VR – rzeczywistość na poły terapeutyczna, na poły filmowa, która, trochę jak w kinie, oddziela cię od doświadczenia. Dla mnie VR powinien być bardziej lewicowy, otwarty na doświadczenie z drugą osobą, ale też pozostawiający jej możliwość decyzji, czego chce doświadczyć i jak skonstruowana jest ta rzeczywistość.

Mateusz Kowalczyk, fot. Emilia Dzudziec

Mateusz Kowalczyk – artysta wizualny, performer, aktywista. Student studiów magisterskich Wydziału Sztuki Mediów Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W obszarze jego zainteresowań znajduje się motyw związany z uzdrawianiem, szamanizm, praca kolektywna, artystyczne zaangażowanie w protesty. Główną osią jego praktyki jest tworzenie doświadczeń interaktywnych, do których wykorzystuje instalację i obiekty w przestrzeni miejskiej, performans i muzykę. Od 2015 roku aktywnie współtworzy Park Rzeźby na Bródnie, powstały z inicjatywy Pawła Althamera oraz Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Od 2018 prowadzi projekt Szaman Polski. Zdobywca drugiej nagrody Artystycznej Podróży Hestii w 2019 roku. Obecnie pracuje m.in. w medium wirtualnej rzeczywistości (VR) nad doświadczeniami inspirowanymi antropocenem oraz eksperymentuje z technologią 3D i fotogrametrią przy użyciu smartfona.