U mnie to się bardzo miesza

Z Mikim Tkaczem rozmawia Magda Citko

Miki Tkacz, Żart o podusze, dzięki uprzejmości artysty

Jest ostatnio bardzo gorąco. Czy wierzysz w katastrofę klimatyczną i nadchodzący koniec świata? W końcu – jak sam śpiewasz – wszystko przemija.

Zacząłem śpiewać wcześniej, niż wiedziałem o tej katastrofie. Faktycznie, jest to bardzo przygnębiające. Z drugiej strony nie wiadomo, jak jutro będzie wyglądał świat, i może ktoś zaraz wymyśli coś takiego, że po prostu nie będzie to problematyczne. W sumie tego nie wiemy, bo tyle się zmienia, tyle się wymyśla i tyle się dzieje. Ale tekst Wszystko przemija wziął mi się z tego, jak się generalnie dużo w świecie zmienia, dużo rzeczy się urywa albo przeobraża w co innego. Tak jak u Sidneya Polaka „niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie”. Niby to bzdura i frazes, ale myślę, że to przejmujący i prawdziwy tekst. No i zaraz po studiach, jak robiłem ten utwór, to faktycznie miałem takie uczucie, że wszystko przemija, jest tymczasowe.

Czy nie uważasz, że sztuka się trochę męczy? Nie jest to nic złego, ale mam wrażenie, że w naszym pokoleniu większość ma wyjebane w manifesty[1]. Twórczość staje się bardziej osobista i koncept nie jest tak szczegółowo opracowany. Wszystko idzie w kierunku tzw. ignorantu. Czy czujesz się częścią czegoś takiego?

Nie czuję się częścią tego, ale dużo bardziej się z tym zgadzam niż z usilnym realizowaniem manifestów. Tak naprawdę wydaje mi się, że często jeśli ktoś sobie wymyśli, że coś ma być takie i nie inne, to wcale to tak nie działa. Jak opowiadasz komuś o swojej pracy, to z tej opowieści często nie wynika to, jak ta praca działa. Coś robisz i musisz wytłumaczyć, dlaczego to robisz. Często myślę o tym, jak ktoś mi opowiada, co się dzieje na wernisażach w Galerii Śmierć Frajerom, i widzę nagrania stamtąd. Tam nikt nie musi nic tłumaczyć, bo po prostu nie ma nic do tłumaczenia. I to jest właśnie fajne. Sam jestem z tej praktyki, żeby robić i jak najmniej tłumaczyć. Jak zaczynam coś tłumaczyć, to przestaje to tak działać.

Czyli można powiedzieć, że bardziej zależy ci na bezpretensjonalności. W ignorancie chodzi w takim razie o emocje?

Tak, ale nie wydaje mi się do końca, że to jest ignorancja. To jest takie coś, że jak podchodzisz do znajomych i przyjaciół i mówisz o sobie tylko dlatego, żeby wyciągnąć coś od nich, żeby powiedzieli też coś od siebie. Właśnie w ten sposób to postrzegam.

Miki Tkacz, Pośnione, dzięki uprzejmości artysty

A jakie masz podejście do uczenia się sztuki? Sam studiowałeś na Akademii Sztuki w Szczecinie, teraz robisz doktorat na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Czy uważasz, że edukacja akademicka ma wpływ na jakość robionych przez ciebie rzeczy?

Trudno mi mówić na ten temat w prosty sposób, bo mam dużo wątpliwości – teraz, jak jestem po studiach. Dużo rozmyślam nad tym, że ludzie, idąc na takie studia, robią określone rzeczy do pracowni. Bardzo się stresują wymyślaniem czegoś, do czego nie do końca są przekonani. A poza zajęciami widzę, jak robią rzeczy bardzo swobodnie. Sam to miałem na studiach, że się wysilałem bardzo, żeby robić prace, i robiłem często takie, których sam z siebie bym nie zrobił. Za to w czasie wolnym robiłem mnóstwo rzeczy, które przez swój luz i niewymuszenie są mi po latach dużo bliższe niż prace, które robiłem na uczelni.

Może trzeba się mierzyć z tym, że jakieś 90% z takiego trybu pracy wyjdzie takie sobie, a 10% wyjdzie super. Może właśnie o to chodzi w uczeniu się sztuki. Tak naprawdę uczelnia artystyczna to pewien luksus, dostrzegam to po latach. Dużo bardziej zaczęła mnie przekonywać formuła warsztatów, kiedy ludzie zupełnie niezwiązani ze środowiskiem artystycznym wchodzą w to i mają odskocznię od rzeczywistości. Jednocześnie nie mam takiego podejścia, że to nie ma sensu, żeby ktoś szedł na uczelnię artystyczną. Ma duży sens, bo jesteś wśród ludzi, którzy cię inspirują, z którymi działasz. W tym wszystkim trzeba do tego zachować dystans. Widzę po czasie, że najbardziej przydaje się uczenie technicznych rzeczy, a tego często brakuje na kierunkach zajmujących się nowymi mediami.

Super to opisałeś. Moja przyjaciółka jest właśnie na takim kierunku. Na pierwszym roku nie wychodziła z domu, bo miała natłok pracy. Robiła mnóstwo prac i finalnie nie jest prawie z niczego zadowolona. Wykładowcy zdążyli wyrobić sobie opinię na temat tego, co robi, a to wcale nie są rzeczy, które ona chce robić. Myślę, że to strasznie problematyczne, że później nie możesz od tego uciec i wybić się na rzeczach, które są w stu procentach twoje.

Dokładnie. To jest bardzo niezdrowe, bo nie masz czasu na porządne przemyślenie tych rzeczy. Też miałem to na pierwszym roku, było to strasznie spinające. Czasami zapominałem o niektórych pracach i robiłem je na szybko, nie mając już czasu. Jak miałem pierwszą sesję, to ściągałem filmiki z YouTube i pokazywałem, je jako ready made’y, które pasowały do tematu. Pamiętam, że moi wykładowcy byli bardzo tym wtedy skonsternowani. Po latach myślę, że to było całkiem zabawne, ale teraz widzę, że mogłem cokolwiek zrobić z tymi filmikami. Dopiero później zacząłem dokładać do rzeczy własną narrację. Często niestety efekty są słabe, kiedy człowiek jest zmuszony, by działać mechanicznie. Przez to się nie skupiasz.

To prawda, widać ogromną presję. Niby nie robisz prac, które faktycznie chcesz robić, ale i tak musisz udowadniać, że jesteś w tym dobry.

No i co właściwie robisz w tym momencie, co nie?

Miki Tkacz, Żart o trzecim oku, dzięki uprzejmości artysty

W swoich utworach bardzo często odwołujesz się do skrajności – wszystko lub nic. „Nic nie ma”, „Gdziekolwiek idę, idę nigdzie”. To w sumie trochę nihilistyczne. Skąd się wzięło takie generalizowanie?

U mnie to się bardzo miesza. Zawsze byłem bardzo wesoły, ale jednocześnie bardzo szczerze podchodziłem do ulotności rzeczy. Myślę, że to może wynikać z tego, że rzeczywiście gdziekolwiek idę, idę nigdzie. Może trudno jest poczuć się tak naprawdę usatysfakcjonowanym. Jesteśmy tak przepełnieni chodzeniem wszędzie, że możemy czuć, że wszędzie jest tak samo. Może być też tak, że gdzieś idziemy i w sumie sami nie wiemy po co. Zupełnie nie chodzi o to, że dosłownie tak myślę. Nie zawsze tak jest, te piosenki po prostu mają taki klimat. No i często jak byłem gdzieś na imprezach, to mówiłem znajomej, że chętnie bym teraz posiedział na chacie i porobił muzykę albo porysował. Odpowiadała mi wtedy: „Mikołaj, to czuć”. I wcale nie było tak, że mi się wtedy nie podobało. Po prostu nie czułem z tego aż takiej satysfakcji. Czasami w sumie boję się mówić teksty tego materiału, że Wszystko to nic. Kilka osób mi powiedziało, że mówię to, jakbym pokazywał, że rozumiem kogoś, kto tego słucha, a nie mówił, by być zrozumianym. To jest fajne i bardzo mnie cieszy. Ale ciągle boje się, że ten materiał w finalnej formie (wciąż nagrywam ostateczną wersję) będzie zbyt przygnębiający. To jest moja duża obawa. Ostatnio wziąłem sobie wolne od grania tego materiału i gram nowe utwory. Finalną wersję chciałbym nagrać zimą, w ciemności, na Islandii. Pomyślałem, że to będzie sprzyjający klimat.

Podczas swoich występów często łączysz te swoje „nihilistyczne” teksty z podskokami i dziecięcym uśmiechem. Myślę, że to naprawdę świetny kontrast. Przywiązujesz wagę do energii, kiedy grasz? Czy to wynika po prostu z tego, że granie sprawia ci radość?

To są dwie rzeczy, które się mieszają. Bardzo mnie to cieszy, ale przywiązuję ogromną wagę do energii na scenie. Chcę, żeby to było mocne i żeby wyzwalało coś we mnie. Skutkiem tego wyzwalania jest właśnie radość. Cieszę się, że to wyrzucam z siebie. To właściwie nie są teksty, które są dla kogoś niemiłe, nie czuję tego w ten sposób. Nie czułbym się dobrze, gdybym wyrzucał teksty, które są niemiłe dla ludzi. Są wyzwalające i dla mnie, i pewnie dla słuchających. Jasne, dla niektórych mogą być też za ciężkie. A uśmiech jest dla mnie naturalny w tym wszystkim. Kiedyś moja znajoma zadała mi pytanie, czy nie jest to może śmiech przez łzy albo dobra mina do złej gry. Sam wcale tak tego nie czuję, to mimowolne. Czasami po prostu uśmiecham się do ludzi, bo urzeka mnie, że tego słuchają i jest to dla mnie cieszące. Myślę, że nie można przywiązywać wagi do tego, że to uśmiech wśród smutnych tekstów. To bardziej fizyczna sytuacja.

Miki Tkacz, okładka albumu Muzyka nie ma sensu, dzięki uprzejmości artysty

Czy muzyka może być mądra? Czy muzyka naprawdę nie ma sensu?[2]

Ha, ha, to są teksty, które wpisywałem w translator Google, kiedy grałem na żywo na streamie dla V9 i nie miałem mikrofonu. Słuchając tej muzyki przy graniu, sam zacząłem się nad tym zastanawiać. Czy muzyka może być mądra, czy musi być głupia? Chyba to jest coś, co mnie bardzo cieszy w robieniu muzyki, że mogę bardzo oderwać głowę. I nie muszę czuć, że to ma sens. Nie jest tak, że bez sensu to robię. Chodzi o to, że znaczenie tej muzyki nie musi być koniecznie wiadome. Pamiętam, że kiedyś słuchałem albumu R.I.P Actressa, w którym utwory nie są parkietowe, ale też nie są łatwe do słuchania tak po prostu. Zastanawiałem się, o co chodzi w tym albumie i po co w ogóle on powstał. Po czasie do niego wróciłem i tak mi się spodobał właśnie przez to, że nie wiem, jaka jest użyteczność tej muzyki! I że to jest taki niesamowity twór, nieco bez celu. Dlatego cieszę się, że jest muzyka, która jest bez sensu.

Mam wrażenie, że jak próbuje się nadać muzyce jakiś sens i bardzo głęboko się nad nią myśli, to łatwo jest przekroczyć granicę egzaltacji.

No i traci jakiś urok.

Miki Tkacz, dzięki uprzejmości artysty

Zarówno w Naprawdę Nieśmiesznych Rysunkach, jak i w swoich kawałkach bazujesz na słowie samym w sobie. Większość jest bardzo spontaniczna i ujmująco niespójna. Czy słusznie wyczuwam wpływy Wojciecha Bąkowskiego?

Ha, ha, tak, oczywiście! To rzecz, z którą się nigdy nie kryję. Jak miałem z czternaście lat, to przez mojego brata trafiłem na muzykę Wojtka. Też jestem z Poznania, a Wojtek na początku był znany głównie tu. Miał jeszcze wtedy zespół KOT, gadał wtedy do loopów z magnetofonów. Mój brat raz przy śniadaniu opowiedział mi o tym, jak był na jego koncercie, i z miejsca od samego wyobrażenia z opowieści zostałem fanem. Później dostałem na pendrivie wideo zmontowane z różnych teledysków KOT-a i oglądałem w kółko. Pamiętam, że z moimi przyjaciółmi gadaliśmy do siebie mnóstwo fragmentami z KOT-a. Bardzo mnie inspirował słowem, trochę też muzycznie. W gruncie rzeczy przez długi czas nie robiłem rzeczy ze słowami, które mogłyby nawiązywać do rzeczy Wojtka. Potem, jak zaczynałem studia, byłem przesiąknięty jego rzeczami, przez to ile ich słuchałem i oglądałem, jak dorastałem. Pamiętam, że jak pojawiła się Niwea, to miałem poczucie, że to już przeszło do mainstreamu i już to nie to samo, nie ten urok co KOT. Pamiętam, że jak zaczynałem dawać wokale, to się bałem, że będą zbyt podobne do jego. Jak tak o tym myślałem, powiedział mi, żebym się tym nie przejmował, bo rzeczy się po prostu mówi i kiedy jest to naturalne, to jest w porządku.

Co do słowa i jego spontanicznego używania, to często mi się bierze z samych rozmów. Lubię w rozmowach podłapywać słowa i ich podwójne znaczenia w różnych sytuacjach. To często pokazuję w Nieśmiesznych Rysunkach i czasami w tekstach.

Przejdźmy do twojego udziału w Out Of Office – letnim projekcie Zachęty. Podczas otwarcia można było cię odwiedzić w namiocie i opowiedzieć swoje sny. Ty wszystko nagrywałeś i sklejałeś cotygodniowe audycje. Czy coś cię podczas tego projektu zaskoczyło, odkryłeś coś nowego?

Zaskoczyło mnie, że ludzie mają tyle koszmarów. I to, że aż tyle dziwnych lęków wychodzi w snach. Nie wiem przez to, na ile nazwa „marzenia senne” jest sensowna, bo w większości nie były to marzenia. Jednocześnie to jest super, że z ludzi wychodzi tyle lęków podczas snu. Zapomniałem o tym przez lata, bo traktowałem sny bardzo abstrakcyjnie. Nie skupiałem się na tym, ile się z nich możesz dowiedzieć. Nagle zaczynasz rozmawiać z ludźmi i uświadamiasz sobie, że to wcale nie jest takie abstrakcyjne, że to jest rzecz, która się przydaje. Tak samo jak na koncercie gram muzykę, i dopiero wtedy widzę, jak działa i po co.

Dwie pierwsze audycje zmontowałem ze snów innych ludzi. Przy sklejaniu drugiej czułem ciężar, bo wyszła mi o złych snach. Audycje musiałem wypuszczać co tydzień, więc czerpałem wtedy z tego, co już miałem. Jak wybierałem sny do drugiego odcinka, to zdziwiłem się, ile dostałem ciężkich snów. Przy trzecim odcinku miałem wejście w siebie, albo w sumie bardziej wyjście z. Nagrałem bez myślenia to, co mi się przypominało o moim śnieniu, po tym jak tyle o nim się nasłuchałem. Uświadomiłem sobie też przez ten projekt, jak ważne jest, by spać normalnie. Montowałem te audycje całymi nocami, do rana, bo czułem się wtedy tak, jakbym spał. Niestety byłem po tym kompletnie wyczerpany. Wtedy zobaczyłem, jak ważne dla zdrowia jest zwyczajne wysypianie się, bo przestałem mieć prawie sny.

A wiesz, że jak spojrzysz po przebudzeniu w okno, to już nie pamiętasz co ci się śniło? Sny z jednej strony są bardzo osobiste, a z drugiej chyba istnieje jakiś repertuar ogólnych motywów w snach. Jakie ty masz podejście do swoich własnych? Spisujesz je albo wyszukujesz w sennikach?

Nie sprawdzam, ale słyszałem, że jak sprawdzasz w sennikach z różnych źródeł, to możesz zebrać te motywy i je dopasować do swojej interpretacji. Jak sama znasz więcej kontekstów swojego snu, to lepiej dopasujesz jego znaczenie do własnej sytuacji. Oczywiście, jak ktoś mi opowie o znaczeniu czegoś w moim śnie, to sobie o tym myślę i czasem to fajne. Ale samemu jakoś nie sprawdzam, bo wolę intuicyjnie je rozumieć. W tych rozmowach do audycji często też przewijał się temat świadomego snu. Moja koleżanka doprowadziła do tego, że miała stale świadome sny i strasznie ją to męczyło, bo nie mogła się nigdy wyłączyć. Ja nigdy o świadome sny się nie starałem, bo zupełnie mnie to nie kręci. Właśnie dlatego, że lubię, jak sny zaskakują i przychodzą same, bez powodów. Co do zapisywania, to kiedyś to robiłem na potrzeby scenariuszy do komiksów, ale porysowałem i już mi się nie chciało. Sny są dla mnie bardzo inspirujące jako forma opowieści i narracji, przez to jaka jest porwana i bardzo naturalna.

To jest super, że sny to też trochę nasza twórczość, ale bez tego elementu zastanawiania się.

I narracja nie prowadzi się logicznie, tylko po prostu płynie.

 

Mikołaj Tkacz – urodzony w 1991 roku w Poznaniu. Absolwent Akademii Sztuki w Szczecinie i doktorant Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Rysownik komiksowy, współzałożyciel grupy komiksowej Maszin, połowa duetu twórców Naprawdę Nieśmiesznych Rysunków, autor projektu muzycznego WSZYSTKO. W ostatnich latach wydał m.in. albumy komiksowe Przygody Nikogo, Spałem, ale wstałem i płyty Nie ma tytułu oraz Muzyka nie ma sensu. Prowadzi niezależne wydawnictwo muzyczne Fajniość oraz współprowadzi -Super- i Magię. Obecnie pracuje nad albumem punkrapowym Wszystko to nic i zbiorem rysunków z ostatnich lat.

 

[1] Zwrot pochodzi od Galerii Śmierć Frajerom, jest jej hasłem przewodnim.

[2] Inspiracją do sformułowania pytań był album Mikołaja zatytułowany Muzyka nie ma sensu, który ukazał się w 2018 roku.