menu

Historie narysowane / O tych, co brykali

Historie narysowane

Nakładem Muzeum Polskiego Ruchu Ludowego (mamy takie!) ukazał się naprawdę przyzwoity komiks Nuno Saranty A wszystko to fado! (tłum. Grażyna Jadwiszczak, Jakub Jankowski i Zuzanna Szpura). Rysowany grubym konturem z wyrazistą paletą barw komiks to kilka rysunkowych opowieści o twórcach i twórczyniach fado, jak i jego funkcji w portugalskim społeczeństwie. Nie da się ukryć pewnej przewidywalności tej opowieści, ale chylę czoła przed tłumaczem i tłumaczkami tego komiksu – świetne przekłady tekstów pieśni fado i ładnie zrytmizowany, czasem poetycki, a na pewno śpiewny język wielu fragmentów tego komiksu to jego najmocniejsza część. Autor sam o komiksie mówi, że jest to musica i trzeba przyznać, że dzięki tłumaczom udało się to oddać też po polsku. Skromna, acz urocza pozycja wydana przez muzeum, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem.

Przerażająco za to złym od strony graficznej komiksem jest Naród wybrany Kristofa Biena, wydany przez Stowarzyszenie im. Jana Karskiego. Brzydkie ilustracje, okropne kolory, do tego drętwe dialogi i wstrętny papier. Gdyby wydawcy obejrzeli chociaż kilka komiksów, które można znaleźć w księgarniach, wiedzieliby, że to, co robią, to jest jakaś próba chyba rekonstrukcji lat 90. Mamy taką teraz w modzie, nie musimy mieć w książkach. Do tego po raz kolejny dostajemy opowieść o Żydach, przez którą próbuje się opowiedzieć historię o Polakach. Oczywiście kończymy w ogrodzie Yad Vashem i informacją o polskich Sprawiedliwych. W samej zaś treści znajdziecie dziesiątki uproszczeń mocno wątpliwych od strony historycznej. Warto też zadać sobie pytanie o etykę ilustrowania ludzi ginących w komorze gazowej. Wydawca w opisie informuje, że: „Prowadzona przez autora oszczędna narracja, obfitująca w zwroty akcji, a także zdecydowana forma ilustracji wywołują u czytelnika emocjonalne napięcie, które powoduje, że czytelnik chce poznać dalsze losy bohaterów, choć przeczuwa, że będą one tragiczne”. Rozumiem, że był projekt i ewaluacja, trzeba było wydać jakąś kasę i tak dalej, ale czemu to jest napisane w tak koszmarnej manierze. Niestety ta forma ilustracji wywołuje u mnie odruch darcia kartek i wyrzucania komiksu na balkon. Ohydna rzecz.

WSiP z okazji wiadomej rocznicy wypuścił na rynek antologię komiksów 100 na 100. Antologia komiksu na stulecie odzyskania niepodległości. Jest to rzecz skonstruowana „po bożemu”, a więc ponad trzydziestu facetów opowiada nam historię odzyskania niepodległości. Zaskakującym novum jest pojawienie się tam aż trzech kobiet! Trzech! Łaskawcy, prawda? Komiksy w Antologii są bardzo przeciętne od strony scenariuszowej – gadające głowy opowiadają kolejne epizody polskiej walki o niepodległość, rzadko kiedy odważając się na inną niż klasyczna narrację. Tu największe brawa dla Grzegorza Janusza, który w przeciętnie zilustrowanej przez Andrzeja Łaskiego historii Gra o granice przedstawił wspólną wizję Paderewskiego i Dmowskiego, opowiedzianą przez diabły. I jest to alegoria wyjątkowo smutna, ale jednocześnie cieszy, że ktoś chciał wyjść poza heroiczność czynów polskich mężów stanu. Katarzyna Babis przygotowała do komiksu prostą (i nadmiernie ilustracyjnie uproszczoną) historię uzyskania przez kobiety praw wyborczych, całość zaś zamyka bardzo przewrotna, łotrzykowska opowieść Pawła Zycha i Bartosza Sztybora o problemach gospodarczych nowej Polski. Zawodzą mistrzowie komiksu – Polch, Parowski czy Kasprzak tworzą historyjki proste, które karmią się pozytywistyczną nowelką, pozbawioną kolorytu. Oczywiście w antologii nie ma ani słowa o tym, jak udało nam się zdobyć Wilno, niewiele uwagi poświęcono Ślązakom czy Żydom, ale przecież wielkie rocznice są od tego, by wykluczać ze wspólnoty narodowej. Niesamowita jest za to okładka tej książki autorstwa Tomasza Piorunowskiego. Jest to autor komiksów erotycznych na poziomie gimbazowej męskiej szatni i uskrzydlona Polonia trzymająca proporzec z polską flagą, a w drugiej ręce szablę, do tego szybująca na mocno zaskoczonym rumaku, ma w sobie coś z intelektualnej pornografii. „Publikacja dostosowana do potrzeb szkolnych” i fundowana przez Lotos i polskie państwo w ramach akcji Niepodległa. Jeśli do czegoś takiego doszliśmy na 100-lecie polskiej niepodległości i w przeddzień 100-lecia polskiego komiksu, to powinniśmy się mocno uderzyć w łeb. Fun fact: w materiałach dla nauczycieli do pracy z tą książką znajdziemy – przy komiksie o sufrażystkach – informacje, że uczeń po lekturze i lekcji „docenia znaczenie zrównoważonego udziału kobiet i mężczyzn w różnych dziedzinach życia”. Czy osoby odpowiedzialne za koncepcję Antologii pójdą na tę lekcję? Mam nadzieję. Razem z połową naszego narodu.

Wojtek Szot

O tych, co brykali

Tylko raz w życiu płakałam po śmierci gwiazdy. Freddie Mercury umarł 24 listopada 1991 roku – jako dziewięciolatka nie miałam pojęcia o HIV, AIDS, homoseksualizmie, wiedziałam za to, że ten przepiękny mężczyzna z aksamitnym wąsem nie będzie już nigdy brykał po scenie.

Epidemia AIDS w Stanach Zjednoczonych odcisnęła piętno na kulturze i polityce lat 80. i 90., a teraz zostaje przepracowana w kulturze popularnej. Nie jestem specjalistką od literatury amerykańskiej, najbardziej lubię grzebać w polskich produktach okołoprozatorskich, ale nauczyłam się już czujności. Jeżeli w powieści pojawia się podejrzanie nieobciążony żoną mężczyzna, a akcja oscyluje w okolicy fluorescencyjnych lat 80., możemy się do tego bohatera nie przywiązywać – a w każdym razie nie należy liczyć na happy end. Wesołkowaty ton jest tu w sumie nie na miejscu, przepraszam. Trudno uświadomić sobie, jakim szokiem dla mieszkańców amerykańskich miast były nagłe zachorowania i szybkie zgony młodych mężczyzn. Pierwszy trop literacki: Nazywam się Lucy Elizabeth Strout. Chorzy widoczni są na ulicach Nowego Jorku, stanowią tło doświadczeń bohaterki, która z gejami i służbą medyczną nie ma zbyt wiele wspólnego. Ale nawet dla zwykłej osoby, pogrążonej w swoich sprawach, oczywiste jest, że coś się dzieje. Szczegółowy pejzaż katastrofy opisuje Rebecca Makkai w nominowanej do National Book Award książce The Great Believers. Jest rok 1985, grupa przyjaciół uczestniczy w pogrzebie Nica, który zmarł zaledwie sześć tygodni po zdiagnozowaniu AIDS. Śmierć pierwszego z kręgu oznacza nie tylko szok i naturalną żałobę, ale też poważne pytania o społeczny i praktyczny wymiar choroby. Niezdolny do samodzielnego funkcjonowania Nico trafia na ostatni okres życia pod kuratelę rodziców, którzy kilka lat wcześniej, po coming oucie, wyrzucili go z domu. Jego partner nie może mu towarzyszyć w ostatnich chwilach, traci prawo do wspólnego mieszkania. Wirus rozwija się u kolejnych znajomych z kręgu, którzy tracą pracę, a z nią ubezpieczenie zdrowotne. Pojawiająca się szansa wykonania testu na HIV dzieli społeczność gejowską: czy to realna szansa na powstrzymanie zakażeń, czy narzędzie do rejestrowania i kontrolowania chorych? Panika rozlewa się coraz szerzej: społeczeństwo boi się zakażonych, zakażeni boją się upokarzającej słabości i samotnej śmierci na szpitalnym oddziale. Maccai tworzy udaną, chociaż momentami ocierającą się o melodramat powieść o straconym pokoleniu – młodych mężczyznach, którzy wyzwolili się z obyczajowych pęt, żeby po krótkim, złotym wieku seksualnej wolności paść ofiarą tajemniczego wirusa. Swoboda seksualna przechodzi do historii, w dodatku geje znowu stają pod pręgierzem, i to podwójnym. AIDS wygląda w oczach purytańskiego społeczeństwa jak aż nazbyt oczywista kara za grzech homoseksualizmu. W dodatku wzajemne kontakty mężczyzn zostają ustawione w kategoriach winy i kary: kto kogo zaraził, po ilu razach, kto wiedział, a kto nie, kto był naiwny, a kto nieodpowiedzialny.

Do The Great Believers warto dorzucić pomoce wizualne: zdjęcia Nan Goldin z portfolio poświęconego Cookie Mueller czy – w szerszym kontekście – album The Ballad of Sexual Dependency. Przeglądając bibliografię Rebekki Maccai, trafiłam też na wzmiankę o komiksie narysowanym przez MK Czerwiec (internet poucza mnie, żeby to dziwaczne nazwisko wymawiać: sir-wick), pielęgniarkę pracującą na oddziale AIDS szpitala w Chicago od roku 1994. W chwili, kiedy Czerwiec zaczyna pracę, oddział 371 jest swego rodzaju centrum, wokół którego skupia się społeczność chorych, rodzin, wolontariuszy. Epidemia jest u szczytu – nikt nie wie natomiast, że po roku 1995 śmiertelność pacjentów zacznie gwałtownie spadać dzięki nowym terapiom. Komiks nie jest wizualnym arcydziełem: gadające główki, żywe kolory, kreska sześciolatka, a jednak stał się ważnym świadectwem, opublikowanym przez Wydawnictwo Uniwersytetu Pensylwania. Czekam, aż Mikołaj umieści go pod moją choinką, wraz z The House of Impossible Beauties Josepha Cassary (transseksualiści w latach 70. i 80., powieść) i And the Band Played on. Politics, People and the AIDS Epidemic Randy’ego Shiltsa, które podbuduje moją wiedzę teoretyczną.

Wesołych Świąt!

Olga Wróbel

Ten serwis korzysta z cookies Polityka prywatności