W naszej stolicy rozpoczął się nowy sezon artystyczny

Subiektywnie o tym, jak sobie radzić z życiem w ciekawych czasach
MARTA KRÓLAK

W naszej stolicy rozpoczął się nowy sezon artystyczny. Tymczasem ja uciekłam do Holandii, zmęczona polskim artworldem pojechałam szukać inspiracji w kraju marihuany i posiłków z mikrofali, miejscu emigracji mojej lepszej połówki. Ponieważ na Zachodzie pieniądze rozpływają się z prędkością światła, w połowie wyjazdu nie było mnie stać na nic oprócz pedałowania całymi dniami na rowerze. Na ulicach co rusz słyszałam przekleństwa w języku polskim i wciąż zastanawiałam się, jak przepisać te doświadczenia na terapeutyczny tekst. To prawda, że ciągle piszę o depresji, pisałam też o sztuce fail, która karmi się własnymi porażkami i którą napędza (niespełniona) obietnica sukcesu. Powiem wam tyle: w depresji jest taki moment, w którym czujesz się tak źle, że jest ci już wszystko jedno, co się z tobą stanie. Jeśli jednak tak jak ja masz szczęście i szybko pójdziesz na terapię (do czego wszystkich zachęcam), w końcu zrozumiesz, że przekroczenie tej granicy sprawia, że w zasadzie skoro nie może być już gorzej, to może być tylko lepiej. Wtedy właśnie w mojej udręczonej głowie zrodził się pomysł na terapeutyczną rubrykę, która rządzi się jedną zasadą: pisać tylko o rzeczach pozytywnych.

Hans Eijkelboom, With My Family, 1973. Dzięki uprzejmości Fotomuseum Den Haag

Ale jak pisać o pozytywach, skoro ostatnio, zamiast oczyszczającej wzruszki, sztuka wywołuje we mnie albo smutek, albo nudności? Ostatnim razem płakałam na filmie Podstawowe zasady Broomberga & Chanarina dwa lata temu. Nie pytajcie, jak żyłam przez te dwa lata, doprawdy nie wiem. Widziałam najlepszych artystów mojego pokolenia uciekających w pretensjonalność i przekombinowanie. Najlepsze instytucje trawione wirusem „cośtam w sztuce”. Najlepszych krytyków, którzy pozostali ślepi na wielowymiarowość artystycznych gestów. 

Co jest nie tak z dzisiejszym artworldem? Czyżbyśmy wszyscy zapadli na syndrom oszusta, kwestionujemy swoją wartość i nie wierzymy we własny sukces? Czy tak żeśmy się wyklepali po plecach, że nikomu z nas już nie można ufać? Na portalu Literary Hub opublikowano niedawno poruszający esej Chelsea Martin zatytułowany The Most Important Skill I Learned at Art School: How to Bullshit. Autorka opisuje w nim swoje doświadczenia z koledżu, skrupulatnie wyliczając każdy grosz, który z zaciągniętych kredytów wydała na bezużyteczne kursy w szkole artystycznej, po to, aby na samym końcu odnaleźć medium, w którym najlepiej się spełnia. Jednak aby zostać dopuszczoną do obrony dyplomu, musiała przekonać najstarsze stołki, że chociaż wyczerpała już pulę zajęć przewidzianą dla studenta, zasługuje na to, aby kontynuować naukę. Gimnastyka, jaką musiała wykonać, aby połączyć wszystkie swoje mniej lub bardziej udane próby zrealizowania artystycznej wizji, przypomina linię obrony z dowolnego odcinka legendarnego programu Sędzia Anna Maria Wesołowska. Najstraszniejsze w tej historii wydaje mi się jednak poczucie upokorzenia towarzyszące jej do dziś z powodu grubości nici, którymi uszyty był jej bullshit

To czuje się w powietrzu również w Polsce, chociażby wśród młodych artystów, którzy nienawidzą wszystkich. Mowa nienawiści, której próbują się nauczyć, utrata wiary w sztuki wizualne i ich wpływ na społeczną rzeczywistość, wstręt do systemu – to wszystko jest bardzo prawdziwe, wręcz szlachetne, aczkolwiek nie ma w tym nic nowego. Te uczucia nie są mi zresztą obce, ale ja nie pójdę tą drogą, bo nie potrafiłabym sobie spokojnie spojrzeć w twarz. 

W Holandii jest taki człowiek, nie wiem do końca, czy jest artystą, czy zaginionym członkiem Monty Pythona, nazywa się Hans Eijkelboom. Znacie go prawdopodobnie z projektu Photo Notes, czyli realizowanej od lat 90. kroniki wszystkich ludzi, pokazującej, jak wielką fikcją jest nasze poczucie indywidualizmu i oryginalności. W Fotomuseum Den Haag trafiłam na jego retrospektywę i to, co tam zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tytuł wystawy wskazywał, że Eijkelbooma interesuje tożsamość i to, jak kształtuje ją społeczeństwo. 

Hans Eijkelboom, Warschau, 1978. Dzięki uprzejmości Fotomuseum Den Haag

W swoich wczesnych projektach artysta w centrum stawiał siebie i chociaż czerpał z konceptualizmu, znosił dystans między artystą, odbiorcą i dziełem. Zdjęcie – symboliczna granica między twórcą a obiektem fotografowanym – było nie tyle efektem końcowym jego pracy, ile przystankiem w procesie integracji sztuki i życia codziennego. W 1973 roku zrealizował projekt In the Newspaper, w ramach którego przez 10 kolejnych dni pojawiał się na dalekim planie na zdjęciach z pierwszych stron lokalnych gazet, jako uczestnik publicznych zgromadzeń i demonstracji czy z okazji otwarcia nowego supermarketu. With My Family to seria fotografii wykonanych pod nieobecność męża w kilkunastu przypadkowych holenderskich domach – gdy Eijkelboomowi udało się przekonać żony, by zapozowały z nim jako głową rodziny do familijnych portretów. W 1978 roku poprosił 42 kobiety o opisanie swojego ideału mężczyzny, w którego następnie przeistaczał się z pomocą stylisty i charakteryzatora. W tym samym roku przyjechał również do Warszawy, gdzie zorganizował przemarsz 50 studentów z tablicami, na których znalazło się jego wizowe zdjęcie.

Mogłabym jeszcze długo pisać o projektach, które zrealizował Hans Eijkelboom. Zamiast tego jednak powiem wam, że w końcu uroniłam łzę, czy to ze szczęścia, czy ze wzruszenia, bo zrozumiałam, jak dawno nie widziałam nigdzie takiej determinacji w badaniu, uporu w przesuwaniu granic między środowiskami, antropologicznego obrazu kondycji społeczeństwa, a przede wszystkim tylu trafionych żartów. Gdzieś nad projektami Eijkelbooma krąży widmo Augusta Sandera i fotografii powszechnej, która jednak nie ogranicza się do spisu ludności, lecz raczej stanowi rozrastający się katalog społecznych ról, w które możemy się wcielać do woli. Możesz być jednocześnie artystą, ojcem, przystojniakiem, brzydalem, komunistą, przechodniem i pijakiem, ale musisz pamiętać, że nie jesteś sam.

To prawda, sztuka nie jest już barometrem społecznych zmian, ale to nie znaczy, że straciła swoją moc sprawczą. Po prostu nie każdy gest artystyczny musi być spektakularny. Nowe czasy wymagają nowych metod. Dlatego gdybym miała coś poradzić młodym artystom, to powiedziałabym: róbcie sztukę z ludźmi, o ludziach i dla ludzi. Chociaż z drugiej strony co ja tam wiem, przecież nie jestem artystką i mam depresję.

 

MARTA KRÓLAK

absolwentka Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracowniczka NN6T.