Witam was po wakacyjnej przerwie, drodzy czytelnicy. To było ciężkie lato.

Subiektywnie o tym, jak sobie radzić z życiem w ciekawych czasach
MARTA KRÓLAK

Witam was po wakacyjnej przerwie, drodzy czytelnicy. To było ciężkie lato. Wielu z was pewnie spędziło część pierwszą na protestach, a drugą, tak jak ja, na plaży. Wakacje oczywiście obfitują w czas wolny, i choć dla wielu z was pewnie oznacza to wyczekiwany cały rok odpoczynek, dla osoby w depresji to najgorsze, co może się przytrafić. Nadmiar wolnego czasu z jednej strony paraliżuje, bo przecież to oczywiste, że na wakacjach robi się nic, a z drugiej strony stres osiąga najwyższe poziomy – wakacje przecież zaraz się skończą, trzeba je więc jak najlepiej wykorzystać.

W procesie relaksu przeżyłam kolejno stany błogości, spięcia, rozpaczy, złości, nudy i ulgi, że wymarzone wakacje w końcu się skończyły i mogę wrócić do pracy, w której będę marzyć o urlopie. Po raz kolejny okres wakacyjny pozostawił mnie z refleksją, że umiar jest cnotą, a nadmiar nosi znamiona zaburzenia psychicznego.

We wrześniu zaczyna się nowy sezon artystyczny, przygotujcie się więc na to, że lada moment galerie i muzea zbombardują was jesienną ofertą. Na samą myśl o tych wszystkich wystawach, na które nie zdążę, przechodzą mnie ciarki. Jeśli macie tak jak ja, na pewno zadajecie sobie wciąż to pytanie: jak nawigować w nadmiarze, nadprodukcji i akumulacji? Skąd mam wiedzieć, czy spodoba mi się wystawa, na którą się wybieram? Nad czym warto się pochylić, bez ryzyka dla zdrowia psychicznego?

Tomasz Mróz, Je suis un cheval 2, wideo, 2015.
Dzięki uprzejmości artysty i galerii Piktogram

Interesującą metaforą nurzania się w uniwersum obfitość jest praca Tomasza Mroza, którą jeszcze w wakacje widziałam na wystawie pod tytułem Pomniki w Piktogramie. W tej galerii często trafiam na rzeczy, których nie rozumiem. W mojej sytuacji to akurat nie jest wskazane, ale kiedy mam lepszy dzień, coś mi podpowiada, że jednak chcę w tym uczestniczyć. Film Tomasza Mroza, w którym artysta głową drąży wielką glinianą breję, to wielka metafora artits’s block, writers’s block i temu podobnych blocks, przez osoby z depresją doświadczanych szczególnie dotkliwe. A jednak pod tym prostym obrazem i pozornie oczywistym przekazem dostrzegłam jedną ze strategii nawigowania w nadmiarze – metoda na główkę, może trochę głupio, ale jednak zdecydowanie. I wytrwale. Nie cierpiał nigdy ten, komu obcy jest dźwięk głuchego uderzania głową w materię nieożywioną i obleśnego ciamkania metaforycznego błota, w którym się coraz głębiej grzęźnie, mimo dobrych intencji. Warto także odnotować, że oszczędny w formie film subtelnie polemizuje z pstrokacizną i efekciarstwem dzisiejszej artystycznej nadprodukcji. Rozmyślając nad pracą Mroza, zastanawiałam się nad nurtującym mnie od lat pytaniem: jak chodzić po wystawach i nie zwariować?

Przede wszystkim zastanów się, co cię interesuje. To pierwsze kryterium jest kluczowe dla lawirowania w nadmiarze. Jeśli interesuje cię malarstwo, nie idź na performans, bo poczujesz się jeszcze gorzej. Jeśli interesuje cię wszystko, zastosuj kryterium nastroju – tak, jakbyś wybierał się do kina. Masz ochotę na komedię, horror czy romans? Komedia najprawdopodobniej spotka cię w mniej popularnej, prywatnej galerii czy tak zwanym project space, dla romantyków poleca się instytucje państwowe posiadające liczne zbiory sztuki dawnej, a w nich portrety dobrze urodzonych panien, na horror zaś podobno najlepiej do Krakowa. Następnie wybieraj z bogatej oferty konkursów, retrospektyw, Warsaw Gallery Weekend, wystaw grupowych, przedstawień i akcji. Gdy już zdecydujesz, obróć się trzy razy, spluń przez lewe ramię, pod nosem zaklinaj rzeczywistość, powtarzając: sabaraki, sabaraki, sabaraki, i zastanów się, czy na pewno chcesz iść tam, dokąd idziesz, i czy nie lepiej jednak zastosować metodę „wycofywania”, udawać, że artworld nie istnieje, zanim spotka cię to samo, co Tomasza Mroza.

Bardzo możliwe, że gdy będziecie próbowali rozmawiać z kimkolwiek o sztuce współczesnej, którą właśnie obejrzeliście, zostaniecie wyśmiani. Poczujecie się wtedy jak osoba dotknięta depresją, wymyśloną chorobą, której symptomów doświadcza każdy człowiek na świecie, zanim weźmie się w garść. Nie lękajcie się jednak. Zaręczam, że warto się przełamać, a jeśli dopisuje wam odwaga, to pójdźcie nawet tam, gdzie prawdopodobnie nie spotka was nic ciekawego. Gdy piszę ten odcinek art-terapii, w warszawskiej Zachęcie trwa wystawa konkursowa Spojrzenia 2017 – w kuluarach od lat funkcjonuje jako synonim obciachu, a jednak tegoroczna edycja jest zaskakująca.

Przemek Branas, Bez tytułu, wideo, 2017.
Dzięki uprzejmości Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki

Chcecie porozmawiać o nadmiarze? Proszę bardzo – oto na koszt światowego konglomeratu piątka młodych artystów realizuje prace krytykujące władzę, hegemonię, dyktaturę pieniądza, nierówności i tak dalej. Brzmi jak choroba psychiczna albo najlepszy żart na świecie! A jednak to prawda! Przecieram oczy ze zdumienia na widok przeestetyzowanych uniformów dla anarchistów Łukasza Surowca, które jednocześnie mogłyby stanowić kompletną garderobę osoby, która już nie chodzi do Planu B, a gdy oglądam film Przemka Branasa, wzruszam się i robi mi się gorąco.

Zestawienie prawdziwej i symbolicznej przemocy w filmie-performansie Branasa reprezentuje kolejną strategię nawigacji w nadmiarze – totalne zanurzenie. Ze wszystkich postrzelonych osobowości występujących w filmie dla sztuki ranny na serio został tylko autor, odgrywający słynną akcje Chrisa Burdena Shoot. Przemysław „Żywa Tarcza” Branas zaprezentował inteligentny komentarz do wakacyjnej podniety obroną demokracji, letnich strategii oporu i kompromisów zawieranych na najwyższych szczeblach. Co mają ze sobą wspólnego powidok symbolicznej sceny zamachu na rosyjskiego ambasadora, śmierć Gabriela Narutowicza i sztuka współczesna? Wszystko. Nie sposób już przeprowadzić podziału między życiem, fikcją i sceną. Film Branasa skwituję słowami słynnego profesora i specjalisty od UFO, doktora Everetta V. Scotta: „Ah! We’ve got to get out of this trap […] Or else my mind may well snap, and my life will be lived for the thrills”. Branas skwituje swój film słowami: „Jest bardzo fajnie. Nie narzekam, bo i po co? Poznałem dużo wspaniałych ludzi i mam nadzieję, że poznam ich jeszcze więcej”.

MARTA KRÓLAK

absolwentka Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracowniczka NN6T.