Wiatr wieje, ktoś się powiesił

JAKUB ZGIERSKI

Po powrocie z Peloponezu Paweł przez dłuższy czas pozostawał we wrażliwym nastroju, z trudem dostosowując się do codziennych podróży metrem i obojętnego tonu rozmów w biurze. Zapisał się na jogę, rozważał studia podyplomowe z kultury antycznej i zaczął zapraszać odległych znajomych na pikniki nad Wisłą, poszukując, jak sam mówił, pokojowego ekwiwalentu wakacji – czegoś, co do monotonnego rytmu konsumpcji i pracy dodałoby, jak to ujął, synkopę. To jedyna szansa, aby zaburzyć cykliczność, z jaką upokarza nas praca biurowa, powiedział. Trzeba świadomie projektować własne wektory i interwały, powiedział. Trzeba poruszać się szybciej i sprawniej, powiedział. Trzeba przecinać koleiny i odcinać pępowiny, powiedział. Dlatego też w pewien upalny poniedziałek, zgodnie ze swoją filozofią nowej ruchliwości, zabrał mnie na lunch gdzie indziej niż zwykle – do restauracji rybnej. Namówił mnie do zamówienia drogiej zupy o nazwie chowder i gdy jadłem, patrzył wyczekująco. Czujesz? Morze? Wodorosty? Głos mu drżał. Nie czułem. Zupa słona. Ryba sucha. Spojrzałem na skórę łuszczącą się z jego szyi – ranę zadaną przez słońce, po której za tydzień nie będzie już śladu. No zupa ekstra, powiedziałem. Paweł zaczął opowiadać o swoich postępach w nauce języka greckiego. Potem pokazał mi na telefonie zdjęcia – jedzenie, budynki, plaża, sztuka i jacyś ludzie, na miejscu poznani, uśmiechnięci, a wśród nich Paweł opalony, również uśmiechnięty, bez marsa na czole, z aperol spritzem w dłoni, gęstszy włos, sprężysty chód. Potem przyszło drugie i deser. Posiedźmy jeszcze, powiedział, stawiam kawkę. I małe limoncello, po naparstku. Osiadł głębiej w fotelu. Piękne słońce, powiedział.

Trzy miesiące później, w wyniku reorganizacji, Paweł odszedł z pracy za porozumieniem stron. Był tort i truskawki, był szampan i prezent: dostęp premium do portalu z kursami językowymi. Potem długo go nie widziałem – po reorganizacji zrobiło się zamieszanie i trzeba było pracować po godzinach. Dopiero w zimie, gdzieś w grudniu, w wolnej chwili, w porze lunchu, wysłałem mu zaproszenie na piwo. Odpisał, że mało teraz wychodzi. Że w końcu, zresztą – jest ciemno. Że obecnie preferuje bezruch i seriale. Że sporo pije i nadrabia House of Cards. Wygrzebię się, napisał, jak przyjdzie wiosna. Tymczasem: spokojnie. Oszczędności są. Piwka tańsze w sklepie. Potem w oknie czata dość długo migały kropeczki. Poszedłem do kuchni, zrobiłem herbatę, wróciłem do biurka i przeczytałem: „Ludzie niby do biura przychodzą i z biura odchodzą, ale jak się patrzy z zewnątrz, to nie ludzie się poruszają, tylko instytucja, jak wąż pustynny, przegryza się przez kolejne warstwy zasobu ludzkiego”.

 

JAKUB ZGIERSKI

kulturoznawca. Pisze artykuły o literaturze, redaguje książki o sztuce i organizuje wydarzenia filmowe.