Jak bardzo standardowy jest czas? 

Przy okazji rzeźby performatywnej Marka Formanka

Aaron Schuster 

Zegar słoneczny (kompas walcowy) w ozdobnym etui, wykres Jan Baranowski,
wykonanie Instytut Optyczny Jakuba Pika, wykres dla lat 1837–1844,
wykonanie po 1845 roku. Fot. I. Oleś i A. Czechowski / kolekcja Muzeum Warszawy 

Era nowoczesna zdefiniowana jest przez standaryzację czasu. Jak dowodził Lewis Mumford, „to zegar, a nie silnik parowy, jest kluczowym urządzeniem epoki przemysłowej”. Przednowoczesny czas miał charakter przede wszystkim jakościowy, a dopiero później ilościowy: był to czas pór roku, gwiazd, świąt i karnawałów, działań, okazji i wydarzeń. Amerykański antropolog Clifford Geertz tak pisał o systemie cyklów czasowych na Bali: „Nie dowiesz się z nich, która jest godzina. Dowiesz się, jaki rodzaj czasu właśnie ma miejsce”. Można spojrzeć na to szerzej. Tradycyjny pomiar czasu nie jest regulowany przez abstrakcyjne liczby – pozostaje bogaty w znaczenia i pulsuje wewnętrznym rytmem. Dopiero całkiem niedawno, wraz z wynalezieniem precyzyjnego chronometru, czas został poszatkowany na homogeniczne jednostki i uporządkowany w linearny strumień. Był to doniosły przełom w historii ludzkości. Zacytujmy ponownie Mumforda: „Przez swoją esencjonalną naturę, [zegar] dokonał rozszczepienia czasu z życiem ludzi i pomógł stworzyć wiarę w niezależny świat matematycznie zmierzalnych sekwencji, szczególny świat nauki. A przecież w codziennym ludzkim doświadczeniu mało jest przesłanek przemawiających za istnieniem tego świata: w ciągu roku nie tylko zmienia się długość dni i nocy czy ich wzajemne proporcje, ale nawet zwykła podróż ze wschodu na zachód zmienia czas astronomiczny o określoną liczbę minut. Z perspektywy ludzkiego organizmu, czas mechaniczny jest czymś jeszcze bardziej obcym – o ile życie ludzkie posiada własne regularności takie jak puls, rytm oddechu, to zmieniają się one z godziny na godzinę w zależności od nastroju czy podejmowanej aktywności, a w dłuższej perspektywie dni czas mierzony jest nie tylko kalendarzem, ale też wydarzeniami, które go wypełniają”.

Powrót „autentycznego” rozumienia czasu – ugruntowanego w specyficznej dynamice ludzkiej egzystencji – może być uznany za jeden z głównych projektów dwudziestowiecznej filozofii i literatury. Od Husserlowskich badań świadomości czasu wewnętrznego i Heideggerowskiej interpretacji czasu jako horyzontu istnienia, przez Proustowskie badanie pamięci i Freudowską analizę bezczasu nieświadomości, mechaniczny pochód zegarka zastępowany jest bardziej złożoną, nieciągłą i wielowarstwową tymczasowością. Franz Kafka był szczególnie wrażliwy na to rozdwojenie pomiędzy czymś, co nazywał dwoma zegarami, światem czasu wewnętrznego – według niego biegnącego nieubłagalnym rytmem – oraz regularnym porządkiem sekund, minut i godzin. W Dziennikach pisał: „Załamany, nie mogę spać, nie mogę pozostać na jawie, nie wytrzymuję życia, a dokładniej, biegu życia. Zegary nie są zsynchronizowane, ten wewnętrzny pędzi jak szalony, z diabelskim czy może demonicznym, a w każdym razie nieludzkim pędem, zewnętrzny ślimaczy się w swoim zwykłym tempie. Cóż jeszcze gorszego może się stać poza tym, że te dwa światy rozszczepiają się albo zderzają w przerażający sposób”. Co ciekawe, niechęć do zegarów to jeden z wyraźnych objawów choroby psychicznej. Schizofrenicy często wykazują zaburzony stosunek do jednostek czasowych, a rysowanie zegara to stosowany przez psychiatrów standardowy test zaburzeń umysłowych. Oto wypowiedź jednego z pacjentów: „Czy ja sam nie jestem aby zegarem? […] Wciąż wmawiam sobie, że to jest zegar i że działa poprawnie, a przecież nie ma rąk, twarzy. Mam wrażenie, jakby rozłożył się na części pierwsze, ale wciąż jest całością. […] Teraz jest tutaj, a potem jakby wyskakuje, i nagle jest czymś zupełnie innym. Może za każdym razem to inna ręka? Może ktoś stoi za ścianą i zawsze wkłada inną dłoń, za każdym razem w inne miejsce. Moim zdaniem ten zegar nie działa normalnie. On podskakuje i zmienia miejsce” (cytat z Bossa i Heideggera, Zollikon Seminars). 

Czas matematyczny jest ściśle związany z ekonomią kapitalistyczną. Zgodnie ze starym powiedzeniem „czas to pieniądz”, te dwa pojęcia są tożsame, ponieważ oba są abstrakcyjnymi, policzalnymi wielkościami, fundamentalnie powiązanymi z pracą. Jeśli filozofia poddała czas zegarowy krytyce opartej na nowym rozumieniu ludzkiej subiektywności, marksowski krytycyzm oznaczył socjoekonomiczne wymiary „tyranii zegara”: czasu podporządkowanego pracy produkcyjnej i zaprogramowanej rozrywce. Rewolucja nie tylko ma zmienić świat, ale także ma (a nawet musi) zmienić czas. Tę wizję potwierdza Walter Benjamin, który w Theses on the Philosophy of History donosi, że lipcowi rewolucjoniści odstrzeliwali wskazówki z zegarów. „Świadomość tego, że continuum historii eksplodowało, jest dla klas rewolucyjnych w chwili ich czynu szczególna. […] Podczas wieczoru pierwszych niepokojów w Paryżu okazało się, że wieże zegarowe w różnych punktach miasta zostały ostrzelane niezależnie od siebie”. 

Performatywna rzeźba Marka Formanka* Standard Time krystalizuje związek między pracą, technologią i teraźniejszością. Wielki drewniany „zegar cyfrowy” jest składany i rozkładany przez grupę pracowników w celu „wyświetlenia” prawidłowego czasu; składa się na to 1611 manewrów w ciągu 24 godzin. Praca jest bez wątpienia ciekawym, a nawet trzymającym w napięciu spektaklem. Czy pracownikom uda się zmienić czas „na czas”? Co istotniejsze, Standard Time zawiera także element, który moim zdaniem świadczy o potrójnej ironii. Po pierwsze, tworzy obraz czasu jako produktu tradycyjnej pracy materialnej. Proces wymagający intensywnej pracy zostaje zestawiony z procesem, w którym uczestniczy artysta – jako twórca konceptu reprezentuje przewagę niematerialnej (i intelektualnej) pracy w zachodniej gospodarce. Po drugie, poprzez symulację cyfrowej rzeczywistości za pomocą produktów rzemiosła ręcznego i stolarki, dokonuje się ewidentny ruch wsteczny: parafrazując słowa Alexandre’a Koyré, przechodzimy od nowoczesnego „uniwersum precyzji” z powrotem do antycznego „świata mniej-lub-więcej”. Przywołując język cyfrowej ścisłości, Formanek proponuje niezbyt dokładne i toporne technologicznie urządzenie mierzące czas. Po trzecie, praca dosłownie przekształca czas w darmową rozrywkę czasu artystycznego (co jest rewolucyjną utopią). Jaki może być lepszy sposób marnowania czasu, jeśli nie darmowa, bezproduktywna i wyolbrzymiona praca polegająca na oznaczaniu jego upływu? Przychodzi mi na myśl piosenka ze starej radzieckiej dobranocki, której refren brzmiał: „Wszyscy marnujemy czas przez cały czas przez cały czas / Wszyscy marnujemy czas…”. 

* Mark Formanek (1967) – niemiecki artysta , studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Münster. Od lat intryguje go kwestia standaryzacji czasu oraz poszukiwania znaków przyszłości w teraźniejszości.
Umieszcza między innymi tabliczki upamiętniające przyszłe daty na budynkach. Instalacja Standard Time powstała we współpracy z grupą Datenstrudel jako video na zamówienie berlińskiego Transmediale 2008. Pokazywana była między innymi w Centrum Sztuki Cyfrowej w Holonie w Izraelu i w OK Center w austriackim Linzu. W Warszawie zostanie po raz pierwszy wykonana wprost dla publiczności, jako bezpośrednie doświadczanie upływu czasu.
Mark Formanek, Standard Time. Fot. Bernd Schuller

 

Za 15 minut wszyscy będziemy w przyszłości
Jestem nieśmiertelny i pragnę umrzeć

Filozofia czasów nowoczesnych rozpoznaje samą siebie jako filozofię skończoności. W przeciwieństwie do swoich greckich i chrześcijańskich poprzedniczek czyni ze skończoności nie błąd czy metafizyczną niedoskonałość, ale pozytywną jakość ludzkiej egzystencji. Bogactwo relacji podmiotu z sobą samym i światem staje się możliwe dzięki jego skończonej, śmiertelnej i ograniczonej naturze. Zgodnie z tym rozumowaniem Edmund Husserl zauważył kiedyś (było to prawdopodobnie najbliższe ironii stwierdzenie kiedykolwiek wygłoszone przez poważnego filozofa), że jeśli Bóg posiada wzrok, jego wizja „absolutna” musi być poddana tym samym prawom, co ludzka percepcja: intuicja przestrzenna nie jest możliwa bez bycia poddanym różnym bodźcom wizualnym, które zmieniają się w czasie i w zależności od perspektywy. Jeśli więc istnieje coś takiego jak boska perspektywa, to będzie ona równie krótkowzroczna (ograniczona, cząstkowa) jak w przypadku śmiertelnika: wzrok jest tym, czym jest, przez swoją niekompletność, luki i białe plamy. Podstawowa lekcja, jaka z tego płynie, jest taka, że fenomenologia nie uważa już ludzkiej percepcji za zdegradowaną formę nadprzyrodzonego wejrzenia, ale rozpatruje ją według własnej, skończonej struktury. To nowoczesne podejście, gdzie skończoność znajduje się ponad nieskończonym, wyraża się najpełniej w zmienionym stosunku do nieśmiertelności. Mówiąc prościej, podczas gdy klasyczna myśl oferowała pragnienie życia wiecznego jako najwyższą aspirację śmiertelnej istoty ludzkiej, wraz z nowoczesnością owa potrzeba zostaje obrócona o 180 stopni. Nieśmiertelność staje się koszmarem, śmierć zaś czymś „dobrym”, a zdolność umierania czymś pozytywnym, ratującym od piekła nieskończonej egzystencji. Albo inaczej: pragnienie nieśmiertelności przybiera ironiczną funkcję, jak w Do utraty tchu w scenie, w której grana przez Jean Seberg Patricia pyta patrzącego na nią przez słoneczne okulary prozaika Parvulesco (Jean-Pierre Melville): „Co jest szczytem twoich ambicji?”, na co ten odpowiada: „Zostać nieśmiertelnym, a potem umrzeć”. 

Jedyny los gorszy niż śmierć to nie umrzeć nigdy. Prawdopodobnie nie ma wspanialszej kinowej interpretacji tego tematu niż ekscentryczne arcydzieło Johna Boormana, film science-fiction Zardoz (1974). W roku 2293 rodzaj ludzki zostaje doszczętnie przetrzebiony przez nieznany kataklizm. Jedyni ocaleni zostają podzieleni na Brutali zamieszkujących dziewicze wyspy oraz społeczność Wiecznych żyjącą w idyllicznej, samowystarczalnej komunie Vortex 4. Ci drudzy żyją poza cyklem zmiany pokoleń, nie dotyka ich proces starzenia się, nie muszą też spać ani kopulować (choć wciąż muszą jeść, a także od czasu do czasu oddawać się cudacznemu praniu mózgów, zwanemu medytacją drugiego stopnia). Wieczni są więc mentorami i strażnikami pozostałości ludzkiej cywilizacji, „kustoszami przeszłości w imię nieznanej przyszłości”: żyją nudnym zmuzealizowanym życiem. To, że w siedzibie władz Vortexu na odwrocie obrazów znajduje się napis „Tate Gallery”, również mówi samo za siebie. Idąc za nihilistyczną tradycją awangardy, końcowa śmierć Wiecznych będzie oznaczała zniszczenie nowoczesnej fabryki mumii, jaką jest Muzeum. 

Wieczni są jednak niezadowoleni. Nie wszyscy wprawdzie, ale niektórzy, i są to ci, którzy wydają się najbardziej świadomi i zarazem najbardziej ironiczni. Jak mówi Przyjaciel, „Bogowie umarli z nudów”, a pytany o to, czego właściwie chce on sam, odpowiada: „Słodkiej śmierci, zapomnienia. I kresu rodzaju ludzkiego”. Wieczni mają swojego geniusza artystycznego. Jest nim Arthur Frayn alias Zardoz, człowiek obdarzony wielki talentem teatralnym. To on stoi za zagmatwaną intrygą, która w końcu doprowadzi do zmierzchu bogów. Historia ma strukturę koła, albo raczej węża gryzącego swój własny ogon: Zed (Sean Connery), jeden z Brutali, jest karmiony i wychowywany przez Arthura Frayna w celu wyrwania Vortexian – również jego samego – z (nie)śmiertelnej nudy, na którą cierpią. Zed jest „niewolnikiem, który wyzwoli swoich panów”, nieświadomym narzędziem do realizacji ich „pośredniego i głębokiego” pragnienia śmierci. Jak dowiadujemy się z filmu, tytuł pochodzi z Czarnoksiężnika z Krainy Oz: Frayn jest człowiekiem, który steruje olbrzymią latającą głową nazywaną Zardoz, którą Brutale czczą jako boga. Tylko Frayn nie jest zwykłym śmiertelnikiem, a pod koniec filmu zostaje złapany w intrydze, którą sam rozpętał. Gdy w końcu Zed unicestwia Tabernakulum – błyszczący święty kryształ, który kontroluje Vortex – czas zostaje odzyskany: powracają śmierć, seksualność i naturalne cykle reprodukcyjne. Znajomi Brutale schodzą na Vortex i znajdują tam tłum bezbronnych ofiar. Jesteśmy świadkami dziwacznego spektaklu, w którym Wieczni błagają, by ich zamordować, niczym członkowie jakiejś sekty samobójców po praniu mózgu. „Proszę, zabij mnie”. „Mnie też!”. „Pragnę umrzeć…”. 

 

Czas koniec mieć musi

Trzydzieści lat przed premierą Zardoz, w 1944 roku, ukazała się powieść Aldousa Huxleya Czas musi stanąć. Tytuł został zaczerpnięty z pierwszej części Henryka IV:

„Lecz myśl jest sługą życia, życie błaznem

Czasu, a i czas, władca nad wszechświatem,

Koniec mieć musi”. *

Te wersy zostały wypowiedziane przez Hotspura, syna hrabiego Northumberland, tuż po śmiertelnym zranieniu przez Księcia Henryka. Pokonując rywala, Henryk przypieczętowuje swe starania o angielski tron. 

Stare wydanie książki Huxleya w twardej czerwonej oprawie leżało w bibliotece mojego ojca pomiędzy innymi klasykami takimi jak książki Iana Fleminga i Winstona Churchilla. Zafascynowany tytułem, musiałem dziesiątki razy zdejmować ją z półki i kartkować pożółkłe strony, ale nigdy właściwie jej nie przeczytałem. Tę frazę skojarzyłem natomiast z pochodzącym z lat 60. musicalem Stop the World I Want to Get Off, który usłyszałem po raz pierwszy z płyty w domu znajomego. Oba tytuły oddają pragnienie niemożliwej ucieczki, ten Huxleyowski – w sposób tragiczny, drugi zaś w sposób nieco kiczowaty i nonszalancki. Czas i świat były wtedy jak rozpędzona, grająca wciąż tę samą metaliczną melodyjkę karuzela, nad którą nikt już nie panował. Jak ją zatrzymać? I do jakiego niewyobrażalnego świata dostałby się ktoś, kto wyleciałby z tej przejażdżki?

W rozdziale zatytułowanym Zdanie z Szekspira, oddzielnie wydanym w fenomenalnie zatytułowanej książce Huxley i Bóg, autor obszernie komentuje powyższy ustęp z Szekspira. W tych dwóch i pół linijkach, pisze Huxley, zostały „niemal od niechcenia podsumowane cała epistemologia, etyka oraz teologia”. Po pierwsze, „myśl jest sługą życia”: to zdanie wyraża jedną z najważniejszych rewolucji teoretycznych XIX i XX wieku, gdy rozum i świadomość zostały zdegradowane na rzecz nieświadomych motywacji oraz sił materialnych. Ponadto, dodaje Huxley, rozum musi być również czymś innym niż posłusznym niewolnikiem życia, choćby tylko z powodu swojej umiejętności rozpoznania i uwzględnienia tej właśnie prawdy. Po drugie, „życie (jest) błaznem”: jeśli rozum uświadamia sobie swoją degradację wobec sił życiowych, to życie jest również poniżone względem czasu, a więc nieprzewidzianych zwrotów kolei losu, które powodują, że większość naszych pieczołowicie tworzonych planów bierze w łeb. Po trzecie, i najważniejsze, również „czas, władca nad wszechświatem / Koniec mieć musi”. W ustach Hotspura zdanie to brzmi jak stwierdzenie ludzkiej śmiertelności: kpiny życia z rozumu i czasu z życia mogą trwać tylko tyle – śmierć kończy tę grę. Ale strategia Huxleya jest znacznie bardziej metafizyczna, a nawet mistyczna. W książce Po wielu latach (1939), jednej z najważniejszych inspiracji dla Boormana przy pracy nad Zardoz, Huxley tworzył satyrę na amerykańską obsesję bycia wiecznie młodym, pisząc opowieść o ciemnej stronie nieśmiertelności. W książce Czas musi stanąć opiewa natomiast temat wieczności, naszą pozaczasową istotę, która jest w stanie „uwolnić rozum z bycia sługą życia”. 

* Przeł. Kajetan Koźmian.

 

Więcej przyszłości w przyszłości?

Najsłynniejsze powiedzenie Andy’ego Warhola, oprócz jego słynnego stwierdzenia na temat seksu („najbardziej ekscytującą rzeczą jest nierobienie tego”) to bez wątpienia: „W przyszłości każdy będzie słynny przez 15 minut”. 

Nieśmiertelność z datą ważności – oto spełnione życzenie Parvulesco. Dziś, w epoce YouTube’a, reality shows i mainstreamowej kultury celebrytów (świetnym przykładem z Ameryki jest silnie uzależniająca metatelewizja E-Channel), to proroctwo z lat 60. stało się spektakularnym banałem. 

Oczywiście mówi ono wiele o kapryśności sławy i demokratyzacji dostępu do mass mediów, a także o naszej dręczącej relacji z czasem. Jego prawdziwe znaczenie dotyczy jednak mniej prawdopodobieństwa zaznania jednorazowej sławy, a bardziej faktu, że „sława” stała się obecnie spontanicznym trybem naszego życia: coraz bardziej wystawiając samych siebie na widok publiczny, ostentacyjnie dzieląc się intymnymi myślami i różnymi detalami z życia osobistego przed anonimową, wirtualną publiką, nieustannie zachowujemy się jak supergwiazdy i paparazzi zarazem. 

Nawet w czasach Warhola to stwierdzenie automatycznie stało się kliszą – zbyt prawdziwą, by mogło być prawdą. Artysta robot poddał je rozmaitym permutacjom: „W przyszłości piętnaście osób będzie sławnych” albo: „Za 15 minut każdy będzie sławny”. Jednak nigdy udało mu się trafić na ten wariant: „Za 15 minut wszyscy będziemy w przyszłości”. A to właśnie ten slogan jest adekwatny do naszej oszołomionej upływem czasu milenarystycznej epoki, w której sławna jest PRZYSZŁOŚĆ, a nie ludzie. Teraźniejszość może zanikać, ale to przyszłość trwa dłuższy czas. A skąd mamy wiedzieć, że już się w niej znaleźliśmy? Ciężko to stwierdzić, ale wydaje się, że zbliżamy się do niej, mimo że proces ten trwa już trochę czasu. Zatem gdy Koniec Historii spotka się z Szokiem Przyszłości, i kiedy Wieczny Powrót złapie bakcyla Wędrówki Pielgrzyma, kiedy śmierć nie będzie niczym więcej niż zaprogramowanym designerskim dodatkiem do Second Life, wtedy zaiste będziemy wiedzieć, że znaleźliśmy się w upragnionej piętnastominutowej przyszłości. 

Mark Formanek, Standard Time. Fot. Bernd Schuller

Aaron Schuster 

amerykański pisarz mieszkający w Brukseli. Wykłada i publikuje na temat psychoanalizy i współczesnej filozofii. Pisze też o sztuce współczesnej, między innymi do „Frieze”, „Cabinet”, „Frog” i „Metropolis M.”. Jest współautorem libretta Cellar Door: An Opera in Almost One Act (JRP|Ringier, 2008), oraz książki The Cosmonaut of The Erotic Future: A Brief History of Levitation from St Joseph to Yuri Gargarin (2009).