Cztery lata temu przyznałam się rodzinie i przyjaciołom, że choruję na depresję

Subiektywny przewodnik o tym, jak sobie radzić z życiem w ciekawych czasach
Marta Królak

Kiedy cztery lata temu przyznałam się rodzinie i przyjaciołom, że choruję na depresję, część z bliskich mi osób zareagowała: „OMG ja też”, a część pytała, czy na przykład próbowałam czuć si lepiej albo wziąć się w garść. No cóż, ni komu nie życzę takich dołów, ale skoro jest nas coraz więcej i raczej nie trak tuje się nas już jak wariatów, gorąco zachęcam do tego, żeby sobie pomóc. W tym celu najlepiej pójść do specjalisty i uzbroić się w cierpliwość, bo żadnej choroby nie da się wyleczyć w kilka dni, ale cotygodniowe wizyty u psychologa oraz łykanie tabletek to tylko część procesu terapeutycznego.

W tak zwanym międzyczasie dobrze znaleźć sobie coś, co przywróci wiarę w siebie i w obecność dobra na świecie, a z tym niestety jest coraz gorzej. Nie zgoda na okrucieństwo wobec kobiet, zwierząt, przyrody (kolejność przypadkowa), rasizm oraz homo i ksenofobia, które powoli zagarniają mój budowany latami safe-space, zmotywowały mnie do stworzenia krótkiego elementarza przetrwania dla zdepresjonowanych. Pamiętajmy jednak o tym, że depresję leczy się raczej długo i metodą prób i błędów. To, co mi pomaga, niekoniecznie może poprawić humor Tobie, drogi czytelniku, ale może warto spróbować uczestnictwa w kulturze i sztuce. W zależności od tego, w jakim stanie jesteśmy, pomóc może coś mocniejsze go, co zadziała metodą lekkiego szoku, łagodząc strach przed niepewną przyszłością. Czasami walory terapeutyczne może mieć także sztuka lekka i przyjemna w formie, o łagodnym przekazie, której oglądanie porównać można do picia uspokajających ziółek lub wdychania relaksujących olejków eterycznych. Pierwszy odcinek art-terapii sponsoruje zdecydowanie metoda druga, bo jest początek roku 2017 i od paru miesięcy niemalże codziennie wydarza się coś tak szokującego, że prawie pogodziłam się już z nadchodzącym końcem świata. Internet obiegł ostatnio krótki filmik, w którym Marina Abramović przekonuje, że gdyby kiedykolwiek przejmo wała się krytyką, to nie byłaby tam, gdzie jest. Marinę można lubić lub nie, mnie osobiście wydaje się, że po tym, jak przez trzy miesiące siedziała przy stole w MoMA i nie mogła nawet z ni kim normalnie pogadać, woda sodowa uderzyła jej do głowy. Po czymś takim każdy miałby problem z powrotem do normalności. Ale jako artystka performansu Abramović ma wrodzone zdolności terapeutyczne, poza tym jest przedstawicielką kilku ciemiężonych grup, na przykład kobiet albo uchodźców z Bloku Wschodniego, co czyni ją wiarygodnym źródłem wiedzy na te mat radzenia sobie z kłodami, jakie pod nogi rzuca życie.

Od lewej: słynna artystka Aneta Grzeszykowska odpoczywająca na czarnym kocie,
obraz Karoliny Jabłońskiej Wściekłe koty. Fot. Marta Królak

Wpisałam w wyszukiwarkę hasło „Marina Abramović quotes” i otrzymałam zbiór bezcennych porad dotyczących wychodzenia z depresji. „Najbardziej rewolucyjne idee nie są na sprzedaż, tylko zmieniają świadomość”, „zawsze patrzymy w przyszłość lub przeszłość, a tak mało nas w teraźniejszości”, „jesteśmy przyzwyczajeni do sprzątania domów, ale najważniejszym domem do posprzątania jesteś ty sam” (tłumacze nie własne), hasztag yourself, hasztag important. Po prostu rzucić wszystko i brać się w garść. Ostatnio moja ulubiona wystawa to Kot w sztuce w Rastrze. Jeśli ktoś miał de presję lub chociaż stany depresyjne, ten wie, ile dobrego może zdziałać śmieszny i słodki kotek. Ja na przykład należę do elitarnej fejsbukowej grupy „Super zwierzaki!!!”, z której codziennie zażywam dawkę pouczających scenek z życia zwierząt. Lepiej się czuję, wiedząc, że to, co w oczach niektórych uchodzi za prokrastynację, wśród uznanych artystów jest ważnym punktem zaczepienia dla twórczej praktyki.

Zwierzaki również bywają dla siebie okropne (por. obraz Karoliny Jabłońskiej Wściekłe koty, przedstawiający popularny wśród bojących się feminizmu kobiet oraz w filmach pornograficznych topos catfight), ale każdy kotek może mieć przecież gorszy dzień. Natomiast w lepszym posłuży umęczonej artystce Anecie Grzeszykowskiej za poduszeczkę, na której spocznie na chwilę jej pełna nowatorskich pomysłów głowa. Koty są podobno niezastąpione w leczeniu reumatyzmu, ich zbawienna pomoc w terapii depresji może jeszcze nie została udowodniona naukowo, ale zaufajcie mi – każdy właściciel kota to potwierdzi.

Dodatkowym atutem wystawy jest to, że odbywa się w księgarni galerii Ra ster, czyli w przytulnym kąciku. Żeby ją zobaczyć, trzeba przejść przez salę, gdzie pokazywane są obrazy krakowskiej grupy Potencja, która totalnie przywróciła mi wiarę w malarstwo. Do odważnych świat należy, polecam więc poprosić pracownicę Rastra o prezentację teczki ze szkicami olejnymi Przemka Mateckiego, wykonanymi na wyrwanych z kolorowych magazynów reklamach. Modowe magazyny znane są z tego, że promują wykreowane w Photoshopie wzorce piękna, wpędzając niejedną czytelniczkę w kompleksy, a z tymi zwierzęcymi mordka mi modelki paradoksalnie wyglądają jakoś bardziej ludzko. Szkicowanie na reklamach to taki mechanizm oswajania produktów ubocznych kapitalizmu, do których należą między innymi nie szczęście i rozpacz. Gwarantuję, że na widok czarnego kociego pyska każdy się uśmiechnie.

Jednym ze skutków ubocznych depresji jest to, że czasem po prostu nie da się wstać z łóżka albo wyjść z domu. Na szczęście można wykorzystać fakt, że myśli wędrują, i pokierować je na Małe Antyle. O tym, jak ważna w ogóle jest sztuka, i jak bardzo nie wiemy, że jej potrzebujemy, traktuje w pewnym sensie akcja Biennale de La Biche, czyli wy stawa na malutkiej bezludnej wyspie na terenie Gwadelupy. Zdjęcia wyspy znajdziemy na Google Maps, a dokumentację wystawy zbiorowej młodych artystów, w większości z Polski, ale też z Włoch, dostarcza strona internetowa Biennale de La Biche, ich konto na Instagramie oraz kilka publikacji w bardzo ważnych zagranicznych portalach poświęconych sztuce.

Idea najmniejszego biennale świata na wyspie, która nie posiada ani kawałka ziemi ponad poziomem wody, wydaje mi się niezwykle ważna i romantyczna. Zero wernisażu, pawilonów czy win ka, jest tylko zbita z kawałków drewna i blachy szopa, w której odbyło się jedno z najciekawszych wydarzeń w sztuce współczesnej. Na wyspę można dotrzeć wyłącznie własną łódką, a wszystkie prace pokazywane w ramach tego przedsięwzięcia są przeznaczone na straty. Bardzo możliwe, że za dwa lata, kiedy powinna się odbyć kolejna edycja Biennale de La Biche, w związku z pod noszącym się poziomem wody i stopniowym zanikaniem wyspy nie będzie już ani wyspy, ani szopy, ani żadnej instalacji. Patrząc na dokumentację wystawy, na instalacje unoszące się na spokojnych falach, powiewające na wietrze i prażące się w karaibskim słoń u, wyobrażam sobie, że jestem jedną z nich i dryfuję sobie beztrosko z morskim prądem, z dala od półnagich tury stów i ich pikników. Fakt, że kuratorzy wpadli na pomysł zorganizowania takiej wystawy, że ktoś o tym pisze i ogląda dokumentację w internecie, jest dowodem na to, że praktyka artystyczna może być bytem samym w sobie, nie musi kierować się ani gustem publiczności, ani wytycznymi krytyków. Sztuka może powstawać w zgodzie z przekonaniami artysty i mieć swoje miejsce na świecie, a niekoniecznie w artworldzie.

Być może wystawa na bezludnej wyspie jest najprawdziwszą i najlepszą wersją samej siebie – i teraz wracam myślami do postaci Mariny Abramović i mogę tylko pogratulować jej samozaparcia. „W teatrze krew to keczap, w sztuce wszystko jest prawdziwe”, hasztag yourself, hasztag important.

 

Marta Królak

absolwentka Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracowniczka NN6T.